Teatr i Opera | Radio | Filmoteka | Wystawy i galerie | Muzyka | Literatura i poezja | Poezja | Rockmetal Trójmiasto | Foto-dzaba | Tworzenie stron www |
Czwartek, 9 września 2010
godzina:

Felietony
KomiksyArt
Kryminały
Powieści
Adaptacje filmowe
Poezja
Sylwetki pisarzy
Patronaty
Powieści
Wyszukaj  
szukaj  

 

To, co w literaturze ostatniego czasu najlepsze, czyli krótko o „Kolekcji” Jacka Dehnela

                     „Kolekcja” to debiutancki zbiór prozatorski Jacka Dehnela złożony z sześciu krótkich opowiadań z ilustracjami własnymi autora. Książeczka na pierwszy rzut oka bardzo niepozorna. Cieniutka tak, że na grzbiecie nie zmieściło się nawet nazwisko autora ani tytuł książki, w miękkiej, stonowanej kolorystycznie oprawie. Łatwo można ją przeoczyć wśród innych książek na przepastnych półkach księgarskich lub bibliotecznych. Ja na szczęście jej nie przeoczyłam i dzięki temu wygrałam swoje czytelnicze poszukiwania literatury najwyższych lotów. Opowiadania Dehnela są bowiem doskonałe zarówno w swojej formie, jak i w treści. Wciągają, hipnotyzują i sprawiają, że wszystko dokoła znika, liczy się tylko świat przedstawiony.

„Kolekcja” zachwyca mnie przede wszystkim niesamowitością i swoistą niedzisiejszością (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), zbudowanymi dzięki osadzeniu treści opowiadań w bliżej nieokreślonym czasie, noszącym jednak zazwyczaj znamiona przeszłości oraz dzięki zastosowaniu tradycyjnych zabiegów narracyjnych. Dehnel bowiem wyraźnie zrywa z modnymi współcześnie tendencjami prozatorskimi i tworzy wspaniałą zamkniętą narrację w wielkim stylu mistrzów prozy minionych wieków. Nie szatkuje, nie kawałkuje fabuły, nie udziwnia i nie przegaduje, ale przedstawia ją w sposób prosty, spokojny, zdystansowany, chciałoby się wręcz powiedzieć – w sposób przezroczysty. Narrator bowiem, nawet jeśli jest pierwszoosobowy, nigdy nie narzuca się czytelnikowi, ani ze swoim punktem widzenia, ani ze swoją emocjonalnością. Dehnel po mistrzowsku czyni głównym punktem fabuły przedmiot wypowiedzi, a nie jej sposób, dzięki czemu jego opowiadania czyta się tak szybko i płynnie, jednym tchem.

                                            

Autor zdecydowanie udowodnił, że doskonale sprawdza się zarówno w narracji trzecioosobowej (opowiadania: „Biokonwenanse”, „Pudełko Hoogstratena”, „Ogniki”), jak i w pierwszoosobowej (opowiadania: „Kolekcja”, „Pygmalion”, „Ars moriendi”).

Dehnel bardzo umiejętnie operuje figurami niedopowiedzenia i metafory, dzięki czemu osiąga w swoich opowiadaniach nastrój niesamowitości, niekiedy tajemnicy i swoistej magii („Ogniki”, „Ars moriendi”) oraz poszerza pole interpretacyjne swoich utworów, dając w ten sposób czytelnikowi wiele możliwości twórczego dopowiedzenia.

               Kreacje bohaterów opowiadań są bardzo dobrze skrojone, każdy z nich ma konsekwentnie napisaną rolę, w obrębie której porusza się od początku do końca narracji. Autor co prawda nie zgłębia portretu psychologicznego postaci, ale dobrze nakreśla ich portret intelektualny. Bohaterowie Dehnela bowiem to niezwykle bogate intelektualnie indywidua, wyizolowane z czasu, niepasujące trochę do swojej epoki, trochę inne, trochę odstające od reszty, ale odstające w pozytywnym znaczeniu, a dzięki temu właśnie interesujące, przyciągające bezpretensjonalnie, samym tylko swoim intelektualnym urokiem – co w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie oczywiste – uwagę czytelnika. Głównych bohaterów opowiadań ze zbioru „Kolekcja” łączy zwłaszcza jedna cecha wspólna – wszyscy są jednostkami wrażliwymi na piękno, szukają w życiu piękna, otaczają się nim, każdy z nich na swój sposób kocha sztukę, niektórzy także ją tworzą. Bo „Kolekcja” to w dużej mierze właśnie książka o sztuce, choć nie tylko.

               Tematyka opowiadań jest bowiem różnorodna. Dehnel mówi o różnie rozumianej miłości, o śmierci, o czasie – o jego upływie i sposobach jego przenikania, o różnych sposobach życia, o aniołach, o klęsce urodzaju, o rozpadzie osobowości. A mówi w sposób niezwykle malowniczy, obrazowy, wciągający i erudycyjny. Odwołuje się do wielu znanych i mniej znanych kontekstów kulturowych, do dzieł sztuki – głównie malarskich, ale nie tylko. Pokazuje swoją rozległą widzę humanistyczną, aczkolwiek czyni to w sposób tak zręczny, delikatny i płynny, że nie narzuca się czytelnikowi, nie czyni ze swoich opowiadań naukowych wykładów, ale z doskonałym wyczuciem szafuje swoją wiedzą tak, by uczynić opowiadanie wartościowym nie tylko artystycznie, ale także historycznie i kulturowo. Dehnel bowiem chce dać odbiorcy w swojej sztuce nie tylko głębokie przeżycie artystyczne, ale także chce przekazać w swojej literaturze komunikat o tym, jak cenna jest wiedza, jak cenne jest oczytanie i znajomość kultury i historii, z której się wyrosło. W dzisiejszych czasach, kiedy ludzie zazwyczaj niechętnie sięgają po książki, kiedy widza humanistyczna straciła na swojej popularności, jako ta, która nie jest kluczem do dużych pieniędzy, jest to przekaz bardzo aktualny i potrzebny.

Czytając „Kolekcję”, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor pisze z nadzwyczajną wręcz łatwością i lekkością, co oczywiście przekłada się na komfort czytania. „Kolekcji” się właściwie nie czyta, ją się pochłania jednym tchem. Styl Dehnela jest bowiem niezwykle wciągający, obrazowy i po prostu przyjemny dla czytelnika. Jest to jedna z nielicznych książek, przy lekturze której nie widziałam tak zwanych szwów tekstu. Nie skupiałam się na konstrukcjach zdaniowych, na wierzchniej warstwie tekstu (co jest naturalnym niejako odruchem polonisty), ale dałam się ponieść autorowi do świata przedstawionego i miałam to cudowne wrażenie, że widzę i odczuwam to samo, co on. Dehnel zdecydowanie ma tę magiczną właściwość ujmowania czytelnika swoim tekstem, przenoszenia go za pomocą słów w zupełnie inny świat. Właściwość, którą tak naprawdę posiada niezbyt wielu pisarzy.

Dehnel konsekwentnie unika dialogów, jego język jest zdecydowanie opisowy, operujący wieloma przymiotnikami, które jednak zawsze są świetnie dobrane do kontekstu całej wypowiedzi. Dba o język, o to, aby słowa do siebie pasowały i tworzyły magiczną wręcz całość. Posługuje się dość prostym stylem, niewymyślną składnią, schowaną raczej za sensem wypowiedzi. A jednak, Kolekcja to po prostu zbiór fenomenalnie opowiedzianych niesamowitych historii z kunsztem właściwym doświadczonemu pisarzowi, a trzeba przecież pamiętać, że Jacek Dehnel, pisząc swoje debiutanckie opowiadania, miał zaledwie osiemnaście lat.

Bardzo konsekwentnie został również zbudowany nastrój w książce. Wszystkie opowiadania utrzymane są w stylu serio, na komizm czy groteskę nie ma tam żadnego miejsca. Niezaprzeczalnie panuje tu patos i powaga, utrzymane zarówno dzięki wprowadzeniu poważnej tematyki, podniosłego przywołania piękna jako wartości nadrzędnej w życiu człowieka, jak i dzięki odpowiednim zabiegom stylistycznym i narracyjnym, zmierzającym do utrzymania wysokiego tonu. 

               Recenzując „Kolekcję”, nie sposób nie zwrócić uwagi na autorskie ilustracje. Wpisują się one doskonale w poważny ton opowiadań. Wszystkie utrzymane są w ciemnej kolorystyce, z przewagą czerni i granatu. Ważną rolę w obrazach Dehnela pełni światło, które delikatnie wydobywa z ilustracji to, co najważniejsze i jest jakby symbolem lepszego świata, który jest od nas o jeden krok, a jednak nie mamy doń dostępu. Obrazy Dehnela, podobnie jak opowiadania, są metaforyczne, pełne magii i niedosłowności. Stanowią doskonałą jednię z treścią opowiadań, doskonale tę treść obrazują, nie sprawiają wrażenia czegoś obcego i niepotrzebnego w książce, jak często zdarza się, kiedy ilustracja pochodzi nie od autora, ale od osoby trzeciej. Tu obrazy immanentnie zawierają się w treści i sprawiają wrażenie, jakby powstawały w tym samym czasie, co opowiadania. Są to dwie artystyczne całości wzajemnie się dopełniające, tłumaczące się nawzajem, ubogacające się.

               Z połączenia literatury i plastyki powstała całość niemalże idealna. Czas bowiem spędzony z „Kolekcją” to czas wspaniałej uczty duchowej i artystycznej. Czas zachwytu nad pięknem artystycznej prozy i obrazu oraz czas głębokiego przekonania, że literatura polska ma przed sobą naprawdę świetlaną przyszłość.

Weronika Gołębiowska (grudzień 2009)

Ilustracja została pobrana ze strony: http://www.marpress.pl.


 

Lubiewo, czyli dalsze poszukiwanie Androgyna

 

Jako zapalona poszukiwaczka androginii, czyli obupłciowości uważam, że warto wspomnieć o wielkim skandalu w literaturze polskiej, jakim było wydanie książki Lubiewo Michała Witkowskiego. Jest to zbiór opowiadań o wrocławskich „ciotach” – tak autor nazywa homoseksualistów ze swego środowiska, a także siebie samego.

 

Książka jest napisana w bardzo oryginalnym nowoczesnym stylu i pełna humoru. „Cioty” podchodzą do siebie i do swojego  życia z dystansem. Chociaż są mężczyznami, mówią o sobie w rodzaju żeńskim, swoje imiona przerabiają na żeńskie (często dodają sobie pseudonimy), a ich marzeniem jest stosunek seksualny z „lujem”, czyli mężczyzną całkowicie heteroseksualnym, który albo z powodu stanu nietrzeźwości nie zauważa, że ma do czynienia z drugim mężczyzną, albo jest  wygłodniały seksualnie, albo też godzi się na spółkowanie z litości.

 

 

                                                 

Witkowski tworzy bardzo ciekawe neologizmy poprzez niewielkie modyfikacje, np. „ciotowski bicz”, albo „matka Jolanta od pedałów”.

Lubiewo budzi kontrowersje, gdyż historie opisane są tam w sposób wulgarny, naturalistyczny i dla większości „niesmaczny”. Ale przecież takie są te realia, nie można stosować tu eufemizmów, bo nie uda się oddać atmosfery tego mikrospołeczeństwa.

Marta Pawlak (grudzień 2009)


 

Ocalić od zapomnienia, czyli o Fotoplastikonie Jacka Dehnela

 

               Fotoplastikon to najnowsza książka Jacka Dehnela, będąca zbiorem stu krótkich form prozatorskich, które są sui generis komentarzem do fotografii pochodzących ze zbiorów autora, a znalezionych przezeń na pchlich targach, w antykwariatach oraz za pomocą aukcji internetowych.

Fotografie zamieszczone w Fotoplastikonie pochodzą z różnych epok i z różnych części świata. Ich głównym bohaterem jest zawsze człowiek, przedstawiony na różnych etapach życia i w różnych jego okolicznościach. Są tu zdjęcia ze ślubów i z pogrzebów, pojawiają się na nich małe dzieci i osoby starsze, ludzie zdrowi i chorzy, piękni oraz zdeformowani przez chorobę, mordercy i ofiary. Są to najczęściej fotografie profesjonalne, wykonane przez zawodowych fotografów i fotografików, co łatwo rozpoznać po efektownej kompozycji zdjęcia, starannie dobranych kadrach, zastosowanych trikach fotograficznych, a na większości zdjęć także po podpisie fotografa lub pieczęci jego zakładu. Fotografie zebrane w Fotoplastikonie utrzymane są w różnej konwencji artystycznej – znajdują się tu zdjęcia oficjalne, artystyczne, komiczne, żartobliwe, ale także obsceniczne, medyczne i jedno pornograficzne. Sporo zdjęć pochodzi z XIX wieku, są to jeszcze fotografie dagerotypowe. Każda z fotografii jest przedmiotem artystycznego opisu.

 

               Jacek Dehnel, opisując zdjęcia zgromadzone w Fotoplastikonie, przybiera sześć różnych kreacji narracyjnych i oczywiście, jak zwykle w swojej prozie, udowadnia, że czuje się dobrze w każdej z nich. Przede wszystkim, przybiera rolę interpretatora przedstawionej treści. Zadaje sobie pytanie, co chciał przekazać odbiorcy autor zdjęcia. Fotografie stanowią więc dlań punkt wyjścia do artystycznej refleksji o życiu, o śmierci, o przemijaniu, o czasie i o miłości, a także o roli sztuki i przede wszystkim piękna w życiu człowieka. 

 

         

 

Po drugie, przemawia jako koneser sztuki. Wydobywa z fotografii piękno warsztatu, kompozycji, komentuje triki fotograficzne, tłumaczy tak zwane fotograficzne wpadki oraz czyni przedmiotem analizy sztukę przedstawioną na fotografii, często także stosunek do sztuki osoby pozującej, co jest bardzo ciekawym i twórczym zabiegiem literackim.

Po trzecie, przybiera postawę obserwatora, który widzi i wie więcej niż pokazuje kadr. Dlatego też fotografie często stają się punktem wyjścia do opowiedzenia nowej historii, którą Jacek Dehnel stara się zauważyć poza kadrem, tuż przed lub tuż po zwolnieniu migawki. Historie te przybierają kształt miniopowiadania, utrzymane są najczęściej w konwencji realistycznej, dzięki czemu Dehnel zdaje się zacierać fikcyjność swoich opowieści. Jest przy tym tak przekonujący, że nie sposób mu nie uwierzyć.

Po czwarte, Dehnel przybiera postawę quasi-wiesza, opowiada o zdjęciach jako ten, który wie, co stanie się z ludzkością za kilkadziesiąt lat od zwolnienia migawki, ma moc przepowiadania przyszłości, bo mówi z jej głębi.

 

Po piąte, przemawia jako artysta, który ocala od zapomnienia. Opowiada historię zdjęcia, czasem też historię sfotografowanych osób, jeśli tylko ją zna. W jednym przypadku, pokazując serię zdjęć z Ujazdówka, nabytych od niegdysiejszej mieszkanki posiadłości, podpisał nazwiskiem osoby, które się na fotografiach znajdują. Dehnel doskonale zdaje sobie sprawę, iż osoby te przetrwają w historii ludzkości dopóty, dopóki trwać będzie fotografia, dopóki trwać będzie świadectwo o niej. Wydaje się, że rola artysty ocalającego do zapomnienia jest dla Dehnela najważniejsza, często zresztą sam o tym wspomina na kartach Fotoplastikonu.

 

W końcu Dehnel przybiera także kreację osoby, która porównuje miniony czas z czasem obecnym. Na tle dawności ilustrowanej przez stare fotografie, snuje refleksje o kondycji człowieka XXI wieku. Już przy pierwszej fotografii, zatytułowanej Gówno chłopu, nie zegarek, wskazuje na niekorzystny proces coraz większego upowszechniania się fotografii w XX i XXI wieku. Dzięki nowoczesnej technice fotografem może być każdy. Niestety, doszliśmy do takiego stanu kosztem utraty piękna. Porównując współczesne zdjęcia z fotografiami zaprezentowanymi w Fotoplastikonie, trudno się ze zdaniem autora nie zgodzić.

 

Kategoria piękna zresztą pojawia się na kartach Fotoplastikonu niezwykle często. Autor opisuje różne kanony piękna i dawne konwencje fotograficzne, a także często odnosi się do współczesnej cywilizacji, która to piękno niestety coraz bardziej zatraca. Dehnel ogląda opisywane fotografie niezwykle dokładnie, zauważa na nich elementy, które na pierwszy rzut oka są zupełnie niewidoczne. Drobiazgowość i pieczołowitość autora zdecydowanie ubogacają jego interpretację. Przedmiotem opisu obok tradycyjnych fotografii są w Fotoplastikonie także pocztówki. Często zawierające tekst nadawcy, który Dehnel przepisuje i poddaje drobiazgowej analizie jako kontekst uzupełniający do zdjęcia znajdującego się na awersie widokówki.

 

               Minifelietony zebrane w Fotoplastikonie napisane są stylem prostym, aczkolwiek niezwykle płynnym i wciągającym. Statyczna opisowość została tu zminimalizowana do absolutnego minimum na rzecz dynamicznej narracji. Język opowiadań jest zarówno prosty i zrozumiały, jak i erudycyjny. Dehnel bowiem, jak zawsze zresztą, pokazuje się w swojej najnowszej książce jako osoba oczytana i gruntownie humanistycznie wykształcona, aczkolwiek robi to w tak doskonały sposób, że w jego prozie nie ma nawet najmniejszego śladu natrętnego dydaktyzmu.

 

W opowiadaniach panuje zazwyczaj ton poważny, ale nie tylko. W Fotoplastikonie nie brak bowiem miejsca także na humor, komizm czy wręcz ironię. Pod względem nastroju książka jest więc mozaiką, ułożoną jednak z prawdziwą maestrią. Ton prozatorski oczywiście idealnie jest dopasowany do tonu opisywanego zdjęcia.

               Kompozycja książki jest spójna, ale wydaje się, że nie została zaprojektowana według żadnego konkretnego kryterium – ani chronologicznego, ani tematycznego. Dzięki temu jednak książka jest ciekawa, nieprzewidywalna i urozmaicona. W trakcie lektury, nigdy nie wiadomo, jakiej fotografii można się spodziewać na następnej stronie – czy będzie to coś świętego, religijnego, a może obrazoburczego? Z jakiej epoki będzie pochodziło zdjęcie – być może będzie to dagerotyp? To między innymi dzięki temu zabiegowi właśnie, trudno jest się oderwać od lektury.

 

               Recenzując Fotoplastikon, nie można wręcz nie zwrócić uwagi na walory edytorskie książki. Jest ona niezwykle ładnie wydana, w twardej oprawie, na papierze kredowym, szyta, dzięki czemu łatwo się otwiera i jest zabezpieczona przed wypadaniem kartek. Każde zdjęcie oraz jego opis umieszczone są na osobnych stronach, co oczywiście przekłada się dodatnio na komfort czytania. Książka jest dość duża i masywna, zdecydowanie nie została więc przeznaczona przez wydawcę i autora do szybkiej, pobieżnej lektury, ale do swoistej celebracji treści i obrazu, jest to książka, którą się powinno czytać przy pulpicie, w odświętnym ubraniu. Walory edytorskie łączą się więc wyraźnie z walorami literackimi książki, która jest cenna zresztą nie tylko ze względu na treść literacką, ale także ze względu na piękno i kunsztowność zawartych w niej fotografii, na powagę ich historii i piękna.

 

Fotoplastikon to zdecydowanie pozycja, którą warto zakupić do domowej biblioteczki i w ten sposób razem z autorem ocalać od zapomnienia miniony czas, minionych ludzi, minione epoki. Polecam!  

Weronika Gołębiowska (grudzień 2009)


Orlando czy Orlanda, czyli o powieści Virginii Wolf

 

Moja fascynacja genderem przejawia się w poszukiwaniu androgynicznych motywów we wszystkich aspektach kultury. Tym razem ofiarą padłą literatura.

 

Z prawie dosłownym androgynem mamy do czynienia w powieści (albo właściwie w „antypowieści”, jak twierdzi Agnieszka Graff) Orlando autorstwa Virginii Woolf. Jest to historia młodego szlachcica angielskiego z XVII wieku, który przeżywa głęboki zawód miłosny – został opuszczony przez ukochaną – Saszę. Wyjeżdża do Turcji w roli ambasadora Wielkiej Brytanii, gdzie zapada drugi raz w życiu w kilkudniową śpiączkę. W tym czasie w Turcji wybucha powstanie, rebelianci dostają się do komnaty Orlanda, ale widząc, iż leży bez ruchu myślą, że umarł i odchodzą. Podczas śpiączki młodzieńca nawiedzają trzy postacie: Czysta, Niepokalana i Cnotliwa, po ich odejściu bohater budzi się z letargu jako... kobieta. „Orlando stał się kobietą – temu nie sposób zaprzeczyć, lecz wszelkie inne przymioty Orlanda pozostały dokładnie takie, jakie były. Zmiana płci, choć miała wpłynąć na przyszłość Orlanda, zupełnie nie wpłynęła na jego tożsamość. Twarz pozostała, jak dowodzą portrety, niemal taka sama.”

 

 

                                    

 

Orlanda powróciła do Anglii, gdzie jak się okazało czekał na nią z utęsknieniem Arcyksiążę z Rumunii, który zakochał się w niej, kiedy jeszcze była mężczyzną, dlatego on sam przebrał się za kobietę by zyskać jego względy. Orlanda odrzuciła jednak jego miłość.

 

Virginia Woolf biegle kreśli charakterystyki obu płci, opisuje zmianę zachowania Orlandy, odkąd stała się kobietą. Zmiana ta zdaje się przebiegać mimowolnie. W końcu bohaterka poznaje płeć żeńską, tak jak wcześniej znała męską, ale teraz potrafi na nie obie spojrzeć z dystansem. „Jak się zdaje, nie miała trudności z odgrywaniem swych ról, jako że natura jej płci zmieniała się częściej, aniżeli potrafią sobie uzmysłowić ci, którzy nosili tylko jeden rodzaj stroju.

 

Bezsporne jest także, iż fortel ten przynosił jej podwójne żniwo: pomnożone zostały i rozkosze, i doświadczenia życiowe. Autorytet spodni zamieniała na powab sukien i cieszyła się na równi miłością obu płci”. Wreszcie znalazła męża – był nim Marduke Bonthrop Shelmerdne. Zakochali się w sobie od razu. „(...) dla obojga było takim objawieniem, że kobieta może dorównać mężczyźnie wyrozumiałością i swobodą języka, a mężczyzna dorównać kobiecie oryginalnością i subtelnością (...)”, że Marduke nie mógł uwierzyć Orlandzie, że jest kobietą, a Orlanda Mardukowi, że jest mężczyzną. Pod koniec swojego życia (które nota bene trwało od epoki elżbietańskiej aż po 1928 rok!) Bohaterka przeżywała dość silny kryzys tożsamości. Przywoływała więc po kolei wszystkie Orlandy, w żadnej nie znajdując spełnienia.

 

Lektura skłania do przemyśleń, przy czym napisana jest „łatwo przyswajalnym” językiem. Polecam serdecznie!

 

Marta Pawlak (grudzień 2009)


    

        Linn Ullmann, „Zanim zaśniesz”

 

„Zanim zaśniesz” to opowieść o miłości, pożądaniu, seksie, o dzieciństwie, dorastaniu, śmierci, zazdrości i nienawiści, o rozstaniu, o trudzie życia we dwoje, o zdradzie… o życiu po prostu. Jest to powieściowy debiut norweskiej pisarki Linn Ullmann. Jak już sam tytuł asocjacyjnie wskazuje, „Zanim zaśniesz” to idealna książka do czytania przed snem. Jest napisana prostym językiem, szybko się czyta, jest wciągająca. Zawiera zarówno wątki romansowe, podróżnicze, a nawet baśniowe. Jej lektura więc jest świetnym sposobem na przyjemne spędzenie wolnego czasu, na odstresowanie się po męczącym dniu oraz na dobrą rozrywkę w długi zimowy wieczór. Ale nie tylko.

 Debiut Ullmann nie jest jednak pozycją adresowaną wyłącznie do masowego odbiorcy. Jest to bowiem książka niezwykle erudycyjna, ma wartość nie tylko artystyczną, ale także historyczną i kulturową. Doskonale oddaje współczesne realia norweskiego stylu życia, zarówno kulturalnego, jak i codziennego, a także wspomina realia kulturowe i towarzyskie Stanów Zjednoczonych okresu prohibicji. Dużo w niej również odniesień do klasyki światowego kina (między innymi do Bergmana, który prywatnie był ojcem Linn Ullmann) oraz do literatury – Ullmann jest także literaturoznawczynią, co wyraźnie widać w „Zanim zaśniesz”.

                                

W książce pojawia się dużo tradycyjnych motywów literackich przedstawionych w nowy, ciekawy sposób. Najbardziej wyrazistym przykładem jest motyw złotej rybki, który Ullmann uwspółcześnia i przepisuje na obraz relacji damsko-męskich dwudziestego pierwszego wieku. „Zanim zaśniesz” to książka znakomicie napisana. Język powieści jest zwięzły, nieopisowy, konkretny, niepozbawiony komizmu. Aczkolwiek pisarce nie udało się niestety całkowicie ustrzec usterek narracyjnych. Nieco nachalnie bowiem narzucają się w narracji bezpośrednie zwroty do czytelnika, które są jakby nieudolnie zaczerpnięte z tradycji wspaniałej francuskiej powieści osiemnastego wieku. Na szczęście zwrotów tych nie jest dużo, więc nie przytłaczają sobą lektury.

Sylwetki bohaterów nakreślone są z prawdziwym kunsztem. Są to bohaterowie o pogłębionym portrecie psychologicznym, dwuznaczni moralnie – w świecie „Zanim zaśniesz” bowiem nie ma grubej granicy między dobrem i złem. Wręcz przeciwnie, są to dwie wartości, które się w życiu człowieka przeplatają ze sobą. Dzięki takiemu obrazowi świata przedstawionego, książka jest bardziej realna (choć realizm wcale nie jest jej podstawową cechą), sytuuje się bliżej prawdziwego życia. Narrator konstytuuje opowiadany świat z pozycji głównej bohaterki, uczestniczki opisywanych wydarzeń, jest to typ narracji dość charakterystyczny dla powieści współczesnej. Na szczególną uwagę zasługuje natomiast kompozycja dzieła, która jest jednocześnie klamrowa, otwarta i retrospektywna.

Klamrowość i otwartość to cechy powieści zazwyczaj definiowane w teorii literatury jako przeciwstawne, sprzeczne, wykluczające się wzajemnie. Linn Ullmann udaje się je jednak pogodzić. Tekst „Zanim zaśniesz” spięty jest bowiem klamrą kompozycyjną, pomiędzy którą toczy się akcja powieści, ale jednocześnie nie ma ostrego zakończenia, które by rozwiązywało wszystkie rozpoczęte wątki. Wręcz przeciwnie, narracja nie prowadzi do żadnego rozwiązania. Cała książka pozostawia za to czytelnika z refleksją, oddziałuje na emocje. Jest to kompozycja dobrze przemyślana, spójna, logiczna, choć, jak już wspomniałam, nie jest oparta na klasycznym schemacie przyczynowo-skutkowym. Ullmann bardzo chętnie, i zresztą w bardzo dobry sposób, operuje takimi figurami jak: niedopowiedzenie, zaciemnienie, przemilczenie, metafora, która często wywodzi się u niej z motywów baśniowych, niekiedy sięga także po elementy groteskowe i komiczne. Wszystkie zabiegi tekstowe podporządkowane są nadrzędnemu celowi – nakreśleniu artystycznego studium psychologicznego człowieka.

Bo „Zanim zaśniesz” to przede wszystkim opowieść o człowieku i o jego – często bardzo spiętrzonych i niejednoznacznych – relacjach z innymi ludźmi. Jest to więc powieść psychologiczna, w którą wplecione są jednak także wątki baśniowe, awanturnicze (w klasycznym znaczeniu tego słowa) i kulturowe. Jej mocnymi stronami są przede wszystkim: erudycyjność, twórcze niedopowiedzenie otwierające przed czytelnikiem spore pole interpretacyjne oraz porywający, choć nie bez pewnych usterek, styl narracyjny pisarki. Wszystko to sprawia, że książkę czyta się łatwo i przyjemnie, ale jednocześnie nie jest ona zwykłym romansem wpisującym się w konwencję kultury masowej. Powieść co prawda została określona przez wydawcę jako romans (taka informacja widnieje na okładce książki), ale myślę, że jest to określenie głęboko krzywdzące dla dzieła i zawężające jego tematykę. Wątek romansowy nie jest bowiem jedynym, ani nawet nie głównym, wątkiem książki Ullmann.

Powieść „Zanim zaśniesz” została wydana przez wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria w serii Terytoria Skandynawii, w tłumaczeniu Marty Ciszewskiej i Joanny Sypniewskiej. Jest to wydanie solidne, choć udało mi się kilka razy przyłapać korektora (Piotr Sitkiewicz) na krótkiej homerowej drzemce, a okładka niestety mało koresponduje z treścią dzieła i raczej zniechęca do jego lektury – przynajmniej takie były moje pierwsze odczucia. Dobrze jednak, że się tymi odczuciami nie pokierowałam, ponieważ „Zanim zaśniesz” to dzieło ambitne i wciągające. Polecam wszystkim wielbicielom czytania – zarówno tym bardziej wymagającym, szukającym w książce wiedzy i erudycji, jak i tym, dla których książka stanowi jedynie formę rozrywki. Na zachęcenie dodam jeszcze, iż norweski oryginał książki zatytułowany „For du sovner” został przetłumaczony na trzydzieści języków.      

Weronika Gołębiowska (listopad 2009)


 

         Wojciech Jagielski Nocni wędrowcy

 

Nocni wędrowcy Wojciecha Jagielskiego to rezultat pobytu reportera w Ugandzie. Opowieść zaczyna się w Gulu, do którego przed zmierzchem schodzą się dzieci z okolicznych wiosek, by spędzić noc w strzeżonym przez wojsko mieście. Ich rodzice wysyłają je tam ze strachu przed dziećmi należącymi do Bożej Armii. Mali partyzanci – sami siłą wcieleni do oddziałów Josepha Kony’ego – by przeżyć, „Palili i ćwiartowali żywcem, zmuszali jeńców do ludożerstwa, dzieciobójstwa, gwałcili, torturowali na wszelkie możliwe sposoby. Odrzynali usta, wyłupiali oczy, odrąbywali nogi i ręce. Zostawiali za sobą skrwawione trupy i pogorzeliska. A także papierki po rabowanych w wioskowych sklepach biszkoptach i cukierkach, które na mgnienie oka znów przemieniały ich w dzieci niepotrafiące się oprzeć słodyczom”. Jagielski, próbując ich lepiej poznać i zrozumieć, składa wizyty w ośrodku zajmującym się uzdrawianiem tych, którzy przeszli przez koszmar partyzantki.

 

  

                      

 

Tutaj poznaje Samuela, w wieku dziewięciu lat porwanego przez Bożą Armię, oraz Norę – opiekunkę w ośrodku. Gdy do tych dwóch imion dodamy jeszcze jedno – Jackson, otrzymamy zestaw głównych bohaterów Nocnych wędrowców. Trzeba jednak pamiętać, że cała trójka została skonstruowana zgodnie z Wańkowiczowską zasadą: „Nora, Samuel i Jackson na potrzeby tej opowieści stworzeni zostali z kilku rzeczywistych postaci” – zaznacza autor. Ta kompilacja wypadła zresztą niezwykle przekonująco... Między Norą, której niemal każdy ruch zostaje tutaj odnotowany (np. „Podniosła się z podłogi i przeciągnęła, biorąc się rękami pod boki jak strudzone kobiety podczas krótkiej przerwy w pracy na ryżowisku czy poletku manioku”), a Jagielskim zawiązuje się osobliwa więź: coś więcej niż przyjaźń, trochę mniej niż miłość. Natomiast w relacjach reportera z chłopcem wciąż pozostają niedopowiedzenia, szczególny rodzaj poczucia obowiązku, a historię Samuela Jagielski poznaje nie dzięki prowadzonym z nim rozmowom, ale przede wszystkim dzięki teczce zawierającej spisaną przez Norę opowieść chłopca. A Jackson? O Jacksonie sam autor niewiele jest w stanie powiedzieć, poza tym, że był jego przewodnikiem i tłumaczem. Przewodnikiem, który niejednokrotnie zżymał się na zachodni sposób myślenia.

 

Bowiem Nocni wędrowcy to także opowieść o kłopotach ze zrozumieniem innej kultury, o tym, że zawsze potrzebujemy jakichś pośredników, osób udzielających objaśnień. Dla Jagielskiego w takiej roli występuje także Nora, która ułatwia mu kontakt z Samem, dziennikarz gazety „New Vision”, kapłan przy rzekomo opętanym Severino, ksiądz objaśniający rytuał mato oput... Dla nas przewodnikiem jest Jagielski, który nie tylko opisuje ugandyjskich powstańców, ale także stara się przybliżyć historię tego państwa oraz wierzenia zamieszkujących je ludzi. Odnoszę jednak wrażenie, że opowieści o kolejnych przywódcach Ugandy i powstańcach wypadły blado w porównaniu z zapiskami doświadczeń reportera. Jagielski bardzo plastycznie, odwołując się do porównań i ożywień, opisuje zjawiska pogodowe, poznanych przez siebie ludzi i odwiedzone miejsca. Mocno działają na wyobraźnię także historie o duchach wstępujących w ludzi w akcie zemsty za wyrządzone im zło lub niedopełnienie obrzędów pogrzebowych. Wierzenia te w pewien sposób tłumaczą doświadczane okrucieństwo i porządkują opis historii Ugandy.

 

Warto także zwrócić uwagę na sposób pisania o Samuelu. Jagielski zakładał, że powinien go pokazać w dwóch rolach: jako ofiarę i kata. Wydaje mi się jednak, że postać chłopca ani nie przylega do opisów jego przeszłości (reporter sam przyznaje, że nie dostrzegał w chłopcu okrutnego partyzanta), ale i jego historia niezupełnie wpisuje się w utarte schematy ofiary i kata. Sam odpowiada na zadawane mu pytania „jak wzorowy uczeń” i w dodatku nie zawsze odpowiada tak, jak byśmy się tego spodziewali (np. wtedy, gdy zapytany o uczucia doznawane pierwszej nocy w niewoli, stwierdza: „Głodny byłem”). Skrępowanie odczuwane przez dziennikarza oraz zachowanie chłopca odziera ich rozmowy z intymności i emocjonalności, a nasza kultura medialna nie przywykła do przedstawiania takich historii bez łez i ekshibicji lub drastycznej dosadności. Jagielski decyduje się poprzestać na mniej sensacyjnym, ale zdobytym bardziej po ludzku materiale. Zresztą nie tylko w tym przypadku pokazuje, że na decyzje reportera mają prawo wpłynąć pobudki czysto emocjonalne (to właśnie osobiste, „niedokończone” sprawy zaważyły na długości jego pobytu w Kampali, skąd miał przesyłać wiadomości o wyborach prezydenckich w Ugandzie).

 

Czytając Nocnych wędrowców, nieustannie zastanawiałam się, jakie były pierwowzory Nory i Samuela, w jakim stopniu ta książka jest reportażem, a w jakim – powieścią i czy możliwe jest dziennikarstwo bez pogoni za sensacją. Zastanawiałam się nad tym także teraz, pisząc tę recenzję, bo dobre książki zawsze pozostawiają jakieś pytania.

Katarzyna Panfil (październik 2009)


 

            

             „Wojna polsko-ruska

             pod flagą biało-czerwoną.”

 

          „Masłowska i Masłowska”… Tak, wszyscy teraz o niej mówią, wszędzie się ją widzi i czyta o niej. Hm, bo właściwie czemu nie? Jest młoda, utalentowana i na pewno odbiega od swoich rówieśników pod wieloma względami, chociażby (i przede wszystkim) swoją twórczością. Twórczością oryginalną, unikatową wręcz. Nie bez powodu przecież Masłowska dostała za „Wojnę…” Paszport Polityki oraz nominację do nagrody Nike… ( a za „Pawia Królowej” w roku 2006 ową nagrodę otrzymała).

 

          „Wojna polsko-ruska…” jest swego rodzaju opowiadaniem, ale takim zupełnie „do góry nogami” względem naszej codziennej, szarej rzeczywistości. Masłowska przedstawia nam bowiem historię widzianą oczami młodego mężczyzny, który, bądź co bądź, jest ćpunem i to nawet w dość zaawansowanym już stadium uzależnienia od narkotyku. Wszystko, o czym czytamy, widziane jest jego przećpanymi oczami, przez pryzmat jego przećpanego umysłu. Totalna psychodela! Dodatkowo trudna do zaakceptowania przez czytelnika, który nigdy nie miał styczności ze światem narkotyków (w jakikolwiek sposób). Jednak język Masłowskiej, choć wydaję się być z początku trudny, po chwili okazuję się być łatwo przyswajalnym, bo w końcu, wg autorki, takiego właśnie języka używamy na co dzień, nie trudno więc go zrozumieć.

 

                           

 

          Głównym bohaterem jest Silny, Andrzej Robakowski. Najważniejszym wątkiem przewijającym się przez opowieść Masłowskiej jest jego miłość do dziewczyny o imieniu Magda. Pojawia się jednak również wątek, ukryty w pewien sposób na kartach powieści – wątek wojny polsko-ruskiej. Na początku „Wojny…” wpadamy jakby w sam środek wydarzeń. Silny dowiaduje się postronnie, że Magda z nim zerwała. Sam nie wie do końca, co ma zrobić, „bo mimo wszystko planował z nią przyszłość, dziecko chciał z nią mieć, a co ona mu zrobiła, zostawiła, porzuciła, i co on teraz ma biedny zrobić?” Trochę „speeda” na pewno pomoże mu rozwiązać ten problem…

 

Potem akcja książki nabiera prędkości. Mamy  po kolei wielowątkowe sceny Silnego z Magdą na plaży, sceny z Angelą w jego domu, potem również z Nataszą, później pojawia się kolejna kobieta – Ala. Każda z nich jest dla Silnego jednocześnie obiektem pożądania, jak również obiektem nienawiści; wszystkie wywołują w nim skrajne emocjonalnie uczucia. Im bardziej Silny reaguje na kaprysy i humory swoich koleżanek, tym więcej zażywa narkotyków, co w końcu powoduje u niego „jeden wielki halun”, w wyniku którego nasz bohater umiera. Zanim to jednak następuje Silny spotyka Masłoską… Ta Masłoska okazuje się być najgorszą rzeczą, jaka go kiedykolwiek spotkała, i to właśnie ona go zabija. Niemiłe zakończenie, a jednak cała historia Silnego pobudza do wielu refleksji…

 

          Jeśli zaś chodzi o wojnę w „Wojnie…” jest to raczej dyskretna aluzja, przewijająca się przez wszystkie sceny opowiadania. Nie dowiadujemy się niczego konkretnego, jakie są jej przyczyny i jak w ogóle wojna wygląda. Tak naprawdę to zaczyna się i kończy równocześnie z akcją powieści. Może Masłowska chciała coś zasugerować? Ciężko wywnioskować… To, co zostaje nam ukazane, to „film” Silnego, kiedy budzi się pewnego poranka na totalnym zjeździe narkotykowym i alkoholowym. Za oknem widzi wszystko w kolorach biało-czerwonych. Okazuję się, że przez władze miasta został zaplanowany „Dzień Bez Ruska”, a z jego okazji odbędzie się również festyn. Prezydent wydaje również rozporządzenie, aby wszystkie domy „anty-ruskie” pomalować na biało i czerwono. I tak całe miasto przeobraża się w wielką flagę biało-czerwoną. Nawet kiełbaski sprzedawane na festynie są w tych kolorach…

 

          Masłowska serwuje nam psychodeliczną opowieść i jest to ciężki orzech do zgryzienia dla wielu czytelników. Mimo tego została dobrze przyjęta przez publikę, była promowana i polecana przez m.in. Jerzego Pilcha i Roberta Leszczyńskiego. Niektórzy posądzają ją, że popadła w komercjalizm, ale nie wszystko, co komercyjne, musi być od razu uważane za złe i skazane na porażkę lub na odwrót – komercja nie musi od razu równać się wszystkiemu, co najlepsze.  Zresztą o Masłowskiej jedną rzecz można powiedzieć bez wątpienia – że jest przeciwieństwem komercji i szeroko pojętego sprzedawania się ogólnie. Jej książki wydrążyły nową drogę, nowy kierunek polskiej (a może i światowej?) literatury czy wręcz nawet kultury „słowa pisanego”. Dorota Masłowska nie napisała „Wojny…” po to, żeby oczernić dresiarstwo polskie (lub może ogólnie pojętą „dzisiejszą młodzież”) i ukazać ich w złym świetle. Nakreśliła swoją wizję młodego społeczeństwa, ukazała ich przez pryzmat swoich poglądów i doświadczeń. W postaci głównego bohatera wiele razy można wyczuć samą Masłowską, jest ona jego intelektualną stroną, „głosikiem rozsądku w głowie”.

 

A to, co z jej książką zrobił Xawery Żuławski to już jest inna bajka.

 

Denerwujące jest, kiedy ludzie cały czas, tak na upartego, opierają się na opinii tylko o filmie, albo tylko o książce. Albo, co gorsza, kiedy oceniają książkę po filmie (lub na odwrót). Żuławski zrobił dobry film, ale jego „Wojna…” to nie była już stu-procentowa „Wojna…” Masłowskiej. Wystarczy chociażby wspomnieć, że u niego kończyło się tak, jak u niej zaczynało… (scena z Magdą i Silnym w szpitalu, a potem na plaży).

 

Wydaję mi się (myślę, że słusznie…), że Żuławski mimo tego zrealizował dosyć wiernie swój film w stosunku do książki, co jest istną rzadkością wśród reżyserów na całym świecie, i to (moim zdaniem) mu się chwali! Może to potwierdzić fakt, że przez cały czas powstawania „Wojny…” Xawery Żuławski współpracował i często konsultował się z Dorotą Masłowską.

         

Wracając do książki, to uważam, że jest ona naprawdę warta przeczytania i szczerze ją polecam!

 

Angelika Wicka (październik 2009)



 

              Grzegorz Bartos „Anarchiści”

 

Przeczytawszy tytuł, pierwsze skojarzenia, jakie nam się nasuwają, to np. historia zbuntowanego nastolatka, który myśli, że wszystko może, bo ma irokeza, „ramoneske” i cockneye na sobie, a dodatkową jego umiejętnością jest picie „bełtów” w czasie bijącym wszelkie rekordy. Albo kolejny manifest młodych i głupich, co sami nie wiedzą, o czym tak naprawdę mówią i czego w ogóle od życia chcą. A okazuje się, że Grzegorz Bartos napisał coś ambitniejszego, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

 

            33 – letni Bartos, pisarz, dramaturg, dziennikarz, mieszkaniec Radomia, stworzył krótką opowieść/dramę o człowieku, który w swym życiu utracił wszelkie perspektywy na udaną przyszłość, kiedy jeszcze nawet o nich nie myślał. Głównego bohatera poznajemy w więziennej celi - siedzi na podłodze, głowę ma spuszczoną w dół. Obok niego, na pryczy leży nieprzytomny holender z Amsterdamu, Peter, jego świeżo co poznany kompan. Mikołaj i Peter są poobijani, zabandażowani, a holender ma nawet zamrożoną wołowinę przyłożoną do twarzy, żeby przyspieszyć gojenie się ran. Mikołaj zaczyna opowiadać kumplowi swoją historię, czuje potrzebę, żeby się wytłumaczyć, dlaczego właściwie obydwaj tutaj trafili.

  

             

 

            Zaczęło się standardowo – od muzyki i od polityki. Doszło do upadku komunizmu, wszystko zaczęło się zmieniać, okupowane państwa otrzepały się z radzieckiego pyłu, który dotychczas pokrywał je od zewnątrz i od wewnątrz tym bardziej, drażniąc je głęboko w gardle. Młodzi ludzie poczuli więcej swobody, przez co rozpowszechnił się między innymi ruch punkowy i anarchistyczny. Mikołaj jest jedną z takich osób – zbuntowany, robi wszystko na co tylko mu przyjdzie ochota, bez niczyjej wiedzy i kontroli (rodziców, czy ludzi dorosłych ogólnie). Chodzi na koncerty, akcje antyglobalistyczne, włóczy się nocami po różnych dzikich miejscach, jeździ w rozmaite miejsca w całej Polsce, jak i również za granicą… Podczas jednej z podróży poznaje w pociągu dziewczynę – Natalię. Razem szwendają się z grupą innych dzieciaków, pomieszkują na squacie. Ich miłość rozwija się powoli lecz jest to poważne uczucie – nie chwilowe zauroczenie. Jednak dla Mikołaja „…tak naprawdę nigdy jej nie było”, była aniołem, snem i marzeniem, „mirażem… najważniejszym z miraży.”

 

            Po dwóch latach ona odchodzi, ot tak, bez słowa. Ostatni raz widzą się, gdy rozdziela ich genewska policja, chwile po tym jak zakończyła się jedna z wielu akcji antyglobalistycznych. Mikołaj trafia wtedy do więzienia. Mimo to dochodzi między nimi do spotkania po kilku latach. Główny bohater „Anarchistów” mieszka wtedy na squacie. Jak sam o sobie mówi „dosięgnął dna, z którego nie można się już odbić”. Nie jest już wierny Natalii jednak nadal ją kocha. Ich miłość zaczyna umierać, tak samo ich młodość, ich poglądy, sposób myślenia, coś się zmienia…

 

            Bartos ukazuje w tej książce inną stronę problemu anarchii i stara się ukazać, jak wyglądało życie anarchistów. Jego bohaterowie wypowiadają się, czym dla nich jest anarchia, jednak główny bohater (również narrator) pozostaje odcięty od tych poglądów. Trzyma się z anarchistami, bo nie ma nikogo innego w swoim życiu. Robi to co oni, bo co innego miałby robić? Bez ambicji, bez szans na lepsze jutro. Mówi, że jeżeli stwierdzi, „że jest niewierzący, to przestanie wierzyć. Że nie lubi pop music, więc nienawidzi pop music.” Wszystko opiera się na tego typu stwierdzeniach, a ze swoimi osobistymi poglądami nie lubi się obnosić. Jego znajomy twierdzi, że „dla anarchistów najważniejsze jest zniesienie siły przymusu”, a tą obecnie dysponuje przede wszystkim władza ekonomiczna. „Anarchizm to żaden chaos, żaden nihilizm, anarchizm wymaga najwyższego poziomu etyki i osobistej odpowiedzialności. Ludzie przyzwyczajają się, że państwa pozbawiają ich coraz większej wolności, ingerują coraz bardziej na każdym kroku, a anarchizm chce przywrócenia całkowitej wolności, pamiętając o tym, że wolność jednostki może ograniczyć tylko wolność innej jednostki.

 

Anarchizm opiera się na zasadzie, że kiedy pojawia się potrzeba, ludzie są w stanie ją zaspokoić, organizując się samemu, w dobrowolnych organizacjach.” Ha, brzmi pięknie, ale wg Mikołaja coś takiego nie jest możliwe… Jego spojrzenie na świat jest dość ponure i pesymistyczne, jednak w jakiś sposób realne i „trzymające się kupy”. Stara się on spoglądać dalej i szerzej niż jego kompani ze squatu i z akcji antyglobalistycznych. Z pozoru jest obojętny, trzyma się cienia, na niczym mu nie zależy, ale jest zupełnie inaczej…

 

            Grzegorz Bartos napisał opowiadanie naprawdę warte przeczytania. „Anarchiści” to smutna i nihilistyczna spowiedź człowieka przegranego, który stracił młodzieńcze ideały, stracił też sens życia. Polecam!

Angelika Wicka (październik 2009)


 

                     Wojciech Jagielski –

        reporter, który otwiera nam okno na świat

 

Relacja Marty:

Nagroda Festiwalu Kultur Świata „okno na świat”  – laureat: Wojciech Jagielski

13. października w siedzibie Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku odbyła się uroczystość wręczenia Nagrody Festiwalu Kultur Świata „Okno na Świat” Wojciechowi Jagielskiemu, wybitnemu polskiemu dziennikarzowi, korespondentowi Gazety Wyborczej.

                               

Nagroda Festiwalu została przyznana za: „wybitny wkład w kształtowanie w Polsce świadomości problemów krajów Azji i Afryki, pisanie o innych kulturach, narodach, społecznościach z wielkim wyczuciem ich odrębności, wyjątkowości, autonomiczności, tożsamości, mądrość bycia wśród ludzi, do których podróżuje i umiejętność ich słuchania, narażanie własnego życia, aby stać się świadkiem i kronikarzem obcej wojny, książki, które nie dają wytchnienia”.

Uroczystość składała się z trzech części. Najpierw oficjalna: laudacja, gratulacje, przemówienie Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza  itd. Dyrektor NCK Larry Ugwu swoim „luźnym” sposobem bycia skutecznie rozpraszał powagę i oficjalność chwili.

Odbyła także krótka promocja książki o  bohaterze spotkania Wojciechu Jagielskim, odczytane zostały tytuły rozdziałów.

Druga część spotkania miała charakter wywiadu. Maria Przełomiec rozmawiała z Jagielskim, a właściwie miała rozmawiać o „świecie znanym i nieznanym, o nierozpoznanym i nieoswojonym . O współczesności, która jest pełna sprzeczności i ulega stałej przemianie. O refleksji świadka najważniejszych wydarzeń politycznych przełomu wieków”. Stwierdzam z całą stanowczością: nie udało się. Niestety, zamiast słuchać relacji reportera, człowieka który był i widział, który może opowiedzieć o rzeczach, o których nie piszą w oficjalnych wydawnictwach, mógłby opowiedzieć o trudnościach w wykonywaniu swego zawodu, zwłaszcza, że specjalizował się w ZSRR, rozmowa „zeszła na politykę”. I jak najbardziej uzasadnione jest tu skojarzenie z „zejść na psy”. Rozmowa przybrała postać bezbarwną. Przynajmniej dla ludzi nie zainteresowanych polityką do tego stopnia, by znać specyfikę demokracji w różnych krajach – z reguły dalekich – i w kilometrach i mentalnie i kulturowo. Kiedy pani Przełomiec zadała w końcu pytanie dotyczące pracy stricte reporterskiej, odpowiedź znów dotyczyła polityki.

Na trzecią część spotkania, która zapewne była najbardziej interesująca, ani ja, ani nikt z moich znajomych nie dotrwał… Według programu, miał to być: wieczór czytelników, okazja do dzielenia się z Wojciechem Jagielskim spostrzeżeniami, zdziwieniami, pytaniami dotyczącymi jego warsztatu twórczego oraz opisywanych przez niego problemów. Spotkanie poprowadziły Magdalena Horodecka i Agata Bachórz. Mam nadzieję, że cierpliwi zostali nagrodzeni.

Wojciech Jagielski to autor książek: Wieże z kamienia, Dobre miejsce do umierania, Modlitwa o deszcz, Nocni Wędrowcy.

Marta Pawlak (październik 2009)

 

Relacja Renaty:

13. października o godzinie 17. w ramach 5. Festiwalu Kultur Świata w Ratuszu Staromiejskim w Gdańsku odbyło się spotkanie z Wojciechem Jagielskim – zasłużonym reporterem podróżującym do najbardziej zapalczywych miejsc świata. Tłumnie przybyłą widownię przywitał Dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku, Larry Okey Ugwu, który wręczył głównemu bohaterowi Nagrodę Festiwalu. Następnie głos zabierał Prezydent Miasta Gdańska, Paweł Adamowicz, który z wyrazami szacunku i podziękowania nagrodził Jagielskiego Medalem Prezydenta Miasta. Ważnym punktem uroczystości była również wypowiedź szefowej Wydawnictwa W.A.B., która zaprezentowała specjalnie przygotowaną publikację pt. Wojciech Jagielski. Dziennikarz.

Następnie Maria Przełomiec zaprosiła reportera do rozmowy. W blasku fleszy dyskusja toczyła się wokół doświadczeń i refleksji korespondenta podróżującego, często samotnie, tam, gdzie wojna nigdy nie zaczyna się, ani nie kończy, ale po prostu nieustannie trwa. Jagielski wykazał się imponującą orientacją w sytuacji politycznej zakątków Azji i Afryki, przyznając że stara się „sprawiedliwie” i rzetelnie zajmować wszystkim, co ważne, a co często media pomijają.

      

       "Wieczór czytelników. Na fotografii: Wojciech Jagielski oraz prowadzące rozmowę:

         dr M. Horodecka i dr A. Bachórz",  fot. R. Gromuł.

Po kilkunastominutowej przerwie, w trakcie której chętni mogli otrzymać od autora reportaży autograf, rozpoczął się, w nieco bardziej kameralnej atmosferze, wieczór czytelników Wojciecha Jagielskiego. Rozmowę w pierwszej części, dotyczącą warsztatu reportera, moderowała dr Magdalena Horodecka. Między innymi padło pytanie o kluczowe we współczesnym dziennikarstwie słowo, jakim jest prawda i chęć dotarcia do niej. Jagielski przyznał, że choć niemożliwe jest całkowicie obiektywne zrelacjonowanie wydarzeń, to jednak dąży do oddawania prawdy w najbardziej rzetelny sposób – łamiąc stereotypy, nie ulegając schematom i szukając tego, co nieoczywiste.

Następnie czas mieli studenci filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego, którzy zadawali reporterowi wcześniej przygotowane pytania, m. in.: o koncepcję całości dzieła przed jego powstaniem czy (nie)obecność komentarza w narracji jego reportaży. Jagielski odpowiadał niezwykle wyczerpująco i ciekawie, nie pozwolił, aby słuchacze nudzili się choć przez chwilę.

Drugą część wieczoru czytelników, skoncentrowaną wokół problemów podróżowania i spotkania z innymi kulturami, poprowadziła socjolog, dr Agata Bachórz. Jagielski w tej części wyznał, że zadaniem reportera w kontakcie z obcą kulturą ponad wszystko ważna jest umiejętność zachowania pokory wobec tego, co nieznane i nieoswojone, nawet jeśli dla nas, Europejczyków, jest to niezrozumiałe i bulwersujące. W kolejnej części do głosu znowu zostali dopuszczeni studenci, którzy pytali o doświadczenia podróżnicze dziennikarza, o jego umiejętność zdobywania zaufania u bohaterów swoich reportaży. Następnie mikrofon został przekazany publiczności, która bardzo chętnie włączyła się do dyskusji.

Dodam, że każda z części wieczoru czytelników poprzedzona została wybranym, dłuższym fragmentem z książek Jagielskiego, co dodatkowo uświetniło i umiliło wieczór.

Jako jedna ze studentek zadających pytanie, trochę stresowałam się bezpośrednią konfrontacją z prawdziwą dziennikarską Osobowością, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Wojciech Jagielski bowiem wydawał się być bardzo otwartą i żartobliwą, a przy tym zaskakująco skromną i życzliwie nastawioną do publiczności osobą. Ten wieczór, spędzony w przemiłej atmosferze stał się inspiracją, niezapomnianym doświadczeniem chyba dla każdego, kto choć raz w życiu marzył o byciu „wielkim dziennikarzem”.

Myślę, że Jagielski jest nie tylko rzetelnym i niezwykle fachowym reporterem, którego książki stanowią barwny zapis przełomowych dla świata wydarzeń – jest ponad wszystko bacznym obserwatorem rzeczywistości, który doskonale rozumie, że kluczowym problemem we współczesnym świecie jest otwarcie na obce nam kultury, umiejętność nawiązania kontaktu z Innym.

Wojciech Jagielski (ur. 1960) – dziennikarz „Gazety wyborczej”. Autor książek o nieustających konfliktach na Kaukazie (Dobre miejsce do umierania, 1994), o  wojnie w Afganistanie (Modlitwa o deszcz, 2002)  i Czeczenii (Wieże z kamienia, 2004), oraz o wydarzeniach w jednym z najbardziej niespokojnych państw na Ziemi – Ugandzie (Nocni wędrowcy, 2009). Jak napisał Ryszard Kapuściński: „Pisarstwo Jagielskiego to świetna kontynuacja, doskonałe rozwinięcie i wzbogacenie wszystkiego, co najlepsze w polskim i europejskim reportażu.”

Renata Gromuł (październik 2009)

 

Relacja Kasi:

Na spotkanie z Wojciechem Jagielskim wybrałam się nie bez lęku, który towarzyszy chyba zawsze spotkaniom z osobami o niezwykle ciekawych biografiach. Lęku, że osoby te okażą się nie dość ciekawe, że nie będą pasować do tekstów, które stworzyły. Po przeczytaniu Wież z kamienia miałam w wyobraźni obraz człowieka wyważonego, który nie szafuje swoim życiem bez potrzeby, i który nie ukrywa, że praca reportera polega też na siedzeniu w ukryciu całymi tygodniami i czekaniu na okazję do zdobycia ciekawego materiału. Reportera, który nie boi się przyznać, że w warunkach wojennych uzależniony jest całkowicie od miejscowych przewodników i płatnych obrońców.

 

Nie do takich literackich autoportretów byłam przyzwyczajona i, podziwiając jego szczerość oraz odwagę, po cichu podejrzewałam, że może Jagielskiemu brakuje trochę żyłki awanturnika. Jego powierzchowność zdawała się te podejrzenia potwierdzać: pogodny i stateczny mężczyzna w średnim wieku, niepozornej postury, trochę skrępowany tym całym zamieszaniem wokół jego osoby, choć wcale nie zawstydzonym rolą mówcy. Zanim się odezwał, zastanawiałam się, co ten człowiek, przypominający bardziej księgowego-domatora niż podążającego za wojną korespondenta, robił w Czeczenii, Afganistanie czy Ugandzie. No właśnie: zanim...

 

Bo kiedy się odezwał, z miejsca uwierzyłam w jego profesjonalizm i autentyczność, w wyznawaną przez niego formułę dziennikarstwa i w zamieszczone w książce słowa o dążeniu do prawdy. Uwierzyłam, że Jagielski należy do gatunku reporterów, o którym myślałam, że dawno już wyginął: błędnych rycerzy, którzy nie chcą przekraczać pewnych granic i którzy potrafią uszanować ludzkie cierpienie. Zrozumiałam też, że fizyczna krzepa i tzw. instynkt dziennikarski to nie wszystko, że bardzo ważna jest umiejętność wzbudzenia zaufania i wytworzenia w rozmówcy potrzeby zwierzeń, a Jagielski te dwa talenty posiadł (a może się z nimi urodził?).

 

Wrażenia, którymi się tu dzielę, mogą wydawać się nieco zbyt emocjonalne i wyostrzone. I mają takie być – z przekory wobec Jagielskiego, który nieco pokpiwał z mitologizowania działań reportera (o reporterach mówi się w specyficzny sposób, oni „zdobywają informacje”, „wyruszają dokądś” – szydził Jagielski), i z szacunku wobec niego, gdyż na choćby małą, czytelniczą legendę zasłużył J

 

Katarzyna Panfil (październik 2009)


 

                       Prus felietonista

O dobry felieton – zwięzły tekst publicystyczny napisany z polotem, z trafną pointą, z temperamentem i błyskotliwością niezwykle dziś trudno. Niejednokrotnie współcześni dziennikarze, przekonani o własnej wyjątkowości, z napastliwą, czasami w ogóle nieuzasadnioną zajadłością atakują wszystko i wszystkich, nie licząc się ani z dobrym smakiem, ani z dziennikarską rzetelnością, ani choćby z ludzką przyzwoitością – jedyne na co licząc to wysoki zysk z nakładu.

Dlatego proponuję sięgnąć do klasyki felietonu – do przełomowego momentu w rozwoju gatunku, do kroniki felietonowej… Bolesława Prusa. Brzmi niedorzecznie? Zachwycać się talentem i stylem publicysty, który żadnego felietonu już nigdy nie napisze. A jednak – Prus jest dla mnie niezrównanym, ponadczasowym mistrzem gatunku. Czy znacie kogoś, kto w ciągu 37. lat pracy, pisząc „przy okazji” powieści-kolosy: Placówkę, Lalkę, Faraona czy Emancypantki (bagatela 1000 stron), nie wspominając o licznych nowelach i opowadaniach, opublikował ponad 1000 felietonów wydanych później w 21(!) tomach? Ba, i to jakich felietonów! Te teksty, stanowiące dziś niezastąpiony dokument epoki, napisane zostały przez przenikliwego obserwatora rzeczywistości, który rzetelnie i skrupulatnie podaje fakty, swobodnie łączy wątki, komentując je z ironią i humorem, bez intencji obrażania kogokolwiek. To nie wszystko. Jego kroniki mieniły się prawdziwym bogactwem środków stylistycznych, kompozycyjnych, wielością konwencji i form. Spotykamy tu cały repertuar wykorzystanych gatunków: od raportów i sprawozdań, monologów i dialogów, przez ogłoszenia, reklamy, fragmenty statystyk, po wywiady, apele czy fragmenty utworów literackich. Te wszystkie formy pojawiają się w różnej funkcji: od poznawczej, dydaktycznej po satyryczną i pastiszową. Tylko Prus mógłby z takim czarem, wrażliwością i literackim smakiem przedstawić zadania, które stoją przed nim samym i współczesnymi mu dziennikarzami:

 

                  

„Dzisiejszy felietonista musi być wszędzie i wiedzieć o wszystkim. Musi zwiedzać nowo zabudowujące się place, ulice pozbawione chodników, tamy, mosty, targi wełniane  i wołowe, muzea, teatry, uczone psy, cyrkowe konie, posiedzenia różnych towarzystw akcyjnych, instytucje dobroczynne, jatki, łazienki itp. Musi czytać i robić wyciągi ze wszystkich pism, sprawozdań, nowych książek, reklam, skarg i procesów. Musi być kawałeczkiem astronoma, technika, pedagoga, prawnika itd., jeżeli zaś brak mu jakiejś cząstki wszechwiedzy i wszechmądrości – wówczas musi, nie przymierzając, z wywieszonym językiem gonić po mieście specjalistów lub do góry nogami przewracać encyklopedie”.

Pomyśleć, o ile dziś, w dobie Internetu i mody na studiowanie kilku fakultetów jednocześnie, łatwiej byłoby sprostać tym wyzwaniom. Brak już tylko chyba idealistów z tak silną potrzebą ogarnięcia rzeczywistości w całym jej bogactwie.

No, Panie Bolesławie, takiego zaangażowania, osobowości i talentu mógłby pozazdrościć Panu nie jeden współczesny dziennikarz! Bo jak pisał sam XIX-wieczny publicysta:

„Sumienność w notowaniu faktów, intencja w wynajdowaniu przyczyny, subtelny krytycyzm w sprawozdaniu, na koniec – obrazowość w kombinowaniu wszystkich elementów – oto zdaniem naszym przymioty, bez których felietonista nie wart złamanego szeląga”.

Dziś niewiele się zmieniło – dobry felietonista bez tych cech nie wart nawet złamanego… euro ;)

Renata Gromuł (październik 2009)


 

                      Czas Biegunów

Czytanie Olgi Tokarczuk to jak zanurzanie się w głębokiej wodzie. Trudno przewidzieć, co czeka nas pod powierzchnią. Wielość światów, wielość znaczeń, odkrywanie wciąż nowych wymiarów rzeczywistości przytłacza, odbiera pewność poznania, sprawia, że łatwo stracić grunt pod nogami, zachłysnąć się niezmierzonym bogactwem materii słowa.

Na Biegunów, ostatnią powieść Tokarczuk, czekałam z prawdziwym niepokojem i niecierpliwością. Z niepokojem nie dlatego, że wątpiłam w jej talent literacki. Oj, bynajmniej! Po tym, jak oczarowana odkrywałam sekrety jej Prawieku – mitycznego centrum świata, po tym, jak z największą rozkoszą rozgościłam się w jej Domu dziennym, domu nocnym, po tym, jak zamieszkałam razem z nią w Szafie, po tym jak zawładnęła moją wyobraźnię językiem w fenomenalny sposób ogarniającym wielowymiarowość naszego doświadczania rzeczywistości, nawet nie śmiałabym wątpić w jej pisarski kunszt. Ale przy Ostatnich historiach i Annie In w grobowcach świata pomyślałam, że okres prawdziwie mistrzowskiej twórczości Tokarczuk już minął. Po prostu: talent talentem, ale ile arcydzieł można w życiu napisać, jak długo może trwać tak dobra passa? Stąd mój niepokój o Biegunów. Po przeczytaniu okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebny!

Recenzję tej książki mogłabym zacząć i w zasadzie zakończyć bardzo jednoznacznie: Bieguni – wydarzenie literackie 2007 roku, książka nagrodzona literacką Nagrodą Nike 2008, okrzyknięta przez krytyków mianem ambitnego i poważnego dzieła.

Ale nie zacznę tak. Bo „dobre” książki nie zadowalają się przyklejaniem do nich etykietek (nawet tych najbardziej nobilitujących określeń), ale domagają się by o nich dyskutować, snuć rozważania, stanowią interpretacyjne wyzwanie dla odbiorcy. To z pewnością siła samej Tokarczuk, która w Biegunach przeczuwa istnienie wielu porządków istnienia, wciągając czytelnika do tej ryzykownej gry, której stawką jest poznanie prawdy o sobie i o świecie.

 

 „Dobre” książki to jednak najczęściej również te, które nie pozwalają nam się oderwać od czytania, dzięki dobrze przemyślanej fabule i zaskakującemu zakończeniu. W kontekście Biegunów, podobnie jak wcześniej Domu dziennego, domu nocnego, nie można jednak mówić o uporządkowanym, chronologicznym zapisie wydarzeń, co przy czterystu pięćdziesięciu stronach wydałoby się niezbędne. Trzeba przyznać, że to dziwna książka – bez początku i bez końca, swoista hybryda tekstowa. Bieguni zawierają przeszło sto modułów, którym autorka nadała osobne tytuły: oprócz obszernych opowieści, które stanowić mogłyby autonomiczne cząstki fabularne (np. tajemnicze, trzyczęściowe opowiadanie o Kunickim, któremu na postoju w Chorwacji nagle zniknęła żona z dzieckiem albo historia moskwianki, która wychowuje niepełnosprawnego syna i pewnego dnia postanawia nie wrócić do domu ), mamy zapisy raptem dwuzdaniowe, krótkie, pośpieszne notatki z podróży, wyrwane refleksje, filozoficzne dociekania, a nawet miniwykłady z psychologii podróżnej. Książka ta zbudowana jak oko pszczoły: składa się z pojedynczych obrazów, które czytelnik potem scala. Warto się zastanowić, czy przypadkiem ta fragmentaryczna, nerwowa, rozbita forma Biegunów nie jest odpowiednikiem naszego sposobu postrzegania i doświadczania rzeczywistości? Tak właśnie, zdaje się mówić autorka, wygląda świat: składa się z pojedynczych spostrzeżeń, z rzeczy niepołączonych ze sobą. Zwłaszcza dzisiejszy świat człowieka, który jest cały czas w ruchu: „Są momenty, okruchy, chwilowe konfiguracje, które raz zaistniawszy, rozpadają się na części. Życie? Niczego takiego nie ma; widzę linie, płaszczyzny i bryły, i ich przemiany w czasie”. Klasyczna powieść, która próbuje nadać ludzkiemu postrzeganiu linearność w tym kontekście byłaby raczej gatunkiem sztucznym.

Można by jednak zarzucić pisarce, że do jednego worka wrzuciła wszystko, co się przypadkowo wysypało z jej literackiej szuflady. W moim odczuciu jednak jest wręcz przeciwnie – przy całym bogactwie treści Tokarczuk starannie dopilnowała, co z pewnością stanowi nie lada sztukę, aby partie dyskursywne i fabularne były tu w równowadze, wzajemnie się oświetlały, płynnie przechodziły jedne w drugie. Z jednej strony oddech epicki, z drugiej styl aforystyczny. Nie ma tu żadnych przypadkowych zapisków, żadnej kapryśności. Konstrukcja jest zdecydowanie przemyślana, w miarę możliwości zdyscyplinowana, zorganizowana wokół dwóch wiodących motywów. Jednym z nich jest… wątek konserwowania martwych ciał. Brzmi dziwacznie? Dla podsycenia ciekawości przyszłego czytelnika wspomnę tylko, że zasadniczy szklak podróży narratorki wyznaczają porozrzucane po całym świecie gabinety osobliwości i muzea historii medycyny, „gdzie zbiera się i eksponuje to, co rzadkie i niepowtarzalne, dziwaczne i monstrowate. To, co istnieje w cieniu świadomości, a kiedy tam spojrzeć umyka z pola widzenia”. Odwiedzimy z Tokarczuk wystawę zabalsamowanych ludzkich szczątków, anatomicznych figur woskowych, poznamy oświeceniowego uczonego, którego namiętność dla nieżywych ciał zaczęła się od czasu, kiedy zakonserwował… własną amputowaną nogę. Gwarantuję też, że przy dosadnym, soczystym opisie sekcji zwłok pięknej ladacznicy niejeden czytelnik zamknie z wrażenia oczy! Okazuje się, że ciało dla pisarki stanowi wehikuł podróży, w którą wyruszyliśmy w dniu urodzenia. I tu właśnie motyw wnętrza ciała, które jest tak samo niedocieczone jak otaczający nas świat, splata się w zaskakujący sposób z drugim wiodącym wątkiem Biegunów: motywem podróży. O ile wcześniej Tokarczuk kreowała ideę bycia w zamkniętej, mitycznej przestrzeni stanowiącej dla człowieka swoiste centrum świata, ucieczkę przed chaosem rzeczywistości zewnętrznej, o tyle teraz pisze: „znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś - będzie trwało nawet wiecznie".

Nasza podróż zaczyna się w momencie, gdy uświadamiamy sobie własne istnienie: „zostawili mnie na chwilę samą, nie ustrzegli. Jest jasne, że oto znalazłam się w pułapce, zamknięta. [...] Chciałabym wyjść, ale nie ma dokąd. Tylko moja obecność nabiera wyraźnych konturów, które drżą, falują i to boli. W jednej chwili odkrywam prawdę: nic się już nie da zrobić - jestem". Pierwsze „jestem” to uświadomienie sobie własnego uwięzienia nie w świecie, ale w sobie. Stąd tak silna jest potrzeba trwania w ruchu. Jak u tytułowych "biegunów" – XVII-wiecznej prawosławnej sekty, której członkowie byli przekonani, iż ze szponów władającego światem diabła umknąć można jedynie poprzez nieustanne wędrowanie, nie zadomawiając się nigdzie i nie gromadząc dóbr. Tokarczuk podobne duchowe napięcie dostrzega we współczesności, w sobie samej i innych dzisiejszych nomadach, którzy przemieszczają się z miejsca w miejsce, gnani tyleż chęcią zbierania turystycznych wrażeń, co głębszą, dla nich samych nie do końca zrozumiałą potrzebą.

Co kusi samą Tokarczuk w idei podróży? „Celem mojego pielgrzymowania jest zawsze inny pielgrzym” – to zdanie nieprzypadkowo na kartkach książki pojawia się kilkakrotnie. Tylko, czy w kontekście Biegunów te szlachetne słowa nie brzmią ironicznie? Owszem – Tokarczuk wyrusza na spotkanie z Innym, tyle że ów jest martwy, zredukowany do cielesnej powłoki lub rozczłonkowany w sensie dosłownym.

Celem pielgrzymowania jest dla niej ponad wszystko potrzeba zetknięcia się z jakąś osobliwością (losu, charakteru, umysłu, przedmiotu). W odniesieniu do przedmiotów, form martwych wygląda to tak: "pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki (...) Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające". Jeśli chodzi o spotkania narratorki z innymi – żywymi podróżnikami – to głównie ekscentrykami. Tylko bowiem oni, zdaje się twierdzić Tokarczuk, zasługują na opowieść.

Fenomenowi podróży, tułaczki, włóczęgi Tokarczuk przygląda się niemal z każdej strony. Czy uda jej się rozstrzygnąć dlaczego my, współcześni „bieguni”, tak chętnie podróżujemy? Czy ruszamy w drogę, bo intuicyjnie tęsknimy za prawdą, która zawsze leży gdzieś indziej, a może wręcz przeciwnie – podróżujemy, by uciec od zadawania pytań o istotę naszego bycia? Jaka przygoda spotkała autorkę na lotnisku w Sztokholmie? Dlaczego według niej przewodniki turystyczne odbierają magię podróżowaniu? W jaki sposób przemysł kosmetyczny zarabia na fenomenie podróży? Nie odbiorę przyjemności czytelnikowi i pozostawię te pytania bez rozstrzygnięcia.

Muszę przyznać, że z prozą Tokarczuk jest jednak jeden problem: o ile bowiem jej książki czyta się z prawdziwą rozkoszą, czasami wzruszeniem, o tyle komentowanie ich stanowi nie lada wyzwanie. Gdyby bowiem chcieć odnieść się z należytą powagą do wszystkich jej teorii, idei, obserwacji, treści filozoficznych, wypadałoby w moim odczuciu napisać komentarz tej samej objętości co sami Bieguni – bagatela pół tysiąca stron.

Olga Tokarczuk, Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007

Renata Gromuł (październik 2009)


 

                          Jacek Podsiadło,

      „Życie a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé”

Soczysta treść, bezpośredniość  wyrazu i zwięzła narracja – w ten sposób można najkrócej scharakteryzować jedną z najnowszych powieści polskiego poety Jacka Podsiadły.

„Życie a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé” to powieść dość trudna, przeznaczona dla intelektualistów i dla ludzi bez pewnych barier społecznych – w końcu nie od dziś wiadomo, że Jacek Podsiadło to zdeklarowany anarchista, nic sobie nierobiący z obowiązujących schematów życia. To człowiek wyzwolony, żyjący podług własnych praw i przekonań (niestety coraz mniej jest takich ludzi), taki też model życia przedstawia  jego ostatnia książka. Nie jest to więc w żadnym stopniu powieść wpisująca się w krąg literatury popularnej, chcącej się podobać ogółowi czytelników. „Życie a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé” nie podejmuje również żadnej misji indoktrynacyjnej, dydaktycznej czy też umoralniającej, jest to prawdziwa „sztuka dla sztuki” – wyzwolona, amoralna, niepodporządkowana nikomu i niczemu, w sposób bardzo subiektywny wyrażająca artystę i jego wizję świata.

 

                         

 

Jednym słowem „Życie a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé” to prawdziwa królowa powieści, która wśród literackiej tandety lśni jak diament. A przecież pod względem fabularnym jest to książka w zasadzie o wszystkim i o niczym. Wątek fabularny traktujący o przygodach Angeliki de Sancé nieustannie przeplata się z wątkiem autobiograficznym. W sumie wątek autobiograficzny jest o wiele bardziej rozbudowany i zajmuje o wiele więcej miejsca w powieści niż wątek fabularny, który jest „poszatkowany” na wszystkie możliwe sposoby – przedstawiony w sposób retrospektywny i w dodatku w ramach kompozycji otwartej. Jeden rozdział nie bardzo jest spójny z drugim. Ogólna kompozycja książki sprawia wrażenie kompletnego chaosu. Nie jest to jednak chaos, nad którym autor nie potrafiłby zapanować, wręcz przeciwnie, jest to chaos, który sprawia wrażenie, iż został stworzony specjalnie po to, aby czytelnik wydobył zeń sensy jakby na wzór wydobywania się praporządku świata z prachaosu.

Wątek fabularny jest bardzo ciekawy, pełen zadziwiających, czasem wręcz fantastycznych przygód głównej bohaterki. Nie da się jednak ukryć, że stanowi on w zasadzie tylko tło dla opisywanych wydarzeń autobiograficznych. Zresztą w jednym z rozdziałów pisze o tym sam autor, stwierdzając – „Książka częściowo o Angelice, ponieważ książka musi o czymś, lub o kimś być”. Wątek autobiograficzny zaś to nie nudne wynurzenia mężczyzny po czterdziestce, jak to czasem bywa z autobiografią w tym wieku, ale pełne bystrych spostrzeżeń psychologiczne i socjologiczne studium człowieka współczesnego. Podsiadło z satyrycznym zacięciem przedstawia wady i przywary ludzkie, okraszając je swoim pikantnym językiem i niebanalnym poczuciem humoru.  

Pod względem formalnym jest to powieść  bardzo nowatorska – łączy w sobie cechy kilku rodzajów powieści: narracyjnej, autobiograficznej, psychologicznej i powieści drogi, napisana jest bardzo odważnym i bezpośrednim, a jednocześnie bardzo indywidualnym, językiem. Indywidualizacja języka powieści miała dla Jacka Podsiadły ogromne znaczenie, dlatego artysta nie zgodził się na naniesienie jakichkolwiek poprawek przez korektę. Trzeba przy tym jednak zaznaczyć, że książka jest naprawdę fantastycznie napisana, nie znalazłam w niej żadnego błędu ortograficznego ani nawet interpunkcyjnego, co dowodzi jednoznacznie, że Jacek Podsiadło to artysta, który kunszt pisarski opanował do perfekcji. Przy okazji, cudownie się czyta książkę, która nie została w żaden sposób poprawiona po autorze, ma się wtedy wrażenie, że jest ona jakby bardziej autentyczna, bardziej przynależy do autora i lepiej go wyraża niż książka poprawiona przez korektę.

Polecam wszystkim smakoszom wytrawnej literatury.      

Weronika Gołębiowska (październik 2009)


 

                 Wiktoria Libery

 

Madame Antoniego Libery została napisana dla Smutnego Chłopca. A takim Smutnym Chłopcem jest każdy, kto kiedyś „żałował, że urodził się za późno”, a więc i narrator tej historii. Książka ta stanowi próbę pokazania, jak tworzy się legenda „ciekawych czasów”, legenda, której potrzebujemy bardziej niż faktów.

 

Dlatego można powiedzieć, że Madame to bajka o miłości spełnionej. Można też powiedzieć, że to historia o niespełnionej miłości. Miłości żyjącego w PRL-u licealisty do kobiety dojrzałej i uosabiającej cały powab francuskiej kultury.

 

 

 

Fabuła jest w gruncie rzeczy banalna, świadomie oscylująca na granicy kiczu, sytuująca tę książkę pomiędzy romansem a powieścią o dojrzewaniu. Jednocześnie zaś została ukazana w sposób genialny, zgodnie z wyrażoną w książce opinią, że „Bez fundamentu kultury, bez tabu i obyczaju, a zwłaszcza bez języka, bez mowy kunsztownie wiązanej, Hipolit byłby samcem, w którym budzi się żądza, a Fedra... goniącą się suką”. Dlatego też opowieść Libery przetykana jest odniesieniami do dzieł literackich (m.in. do Becketta, Tomasza Manna, Simone de Beauvoir), filmowych (Mężczyzna i kobieta Leloucha, Dekalog 6 Kieślowskiego) czy plastycznych (Picasso) oraz niezwykle misternie skonstruowana. Przede wszystkim mamy tu do czynienia z węzłem postaci sobowtórowych trudnych do pełnego rozdzielenia oraz z siecią autoaluzji. Poszczególne rozdziały wchodzą ze sobą w dialog, drobne nazwy i wypadki zyskują wymiar symboliczny, a kwestie tak niepozorne, jak repertuar piosenek na studniówce, mogą antycypować wydarzenia.

 

A dzieje się dużo i zarazem nie dzieje się prawie nic. Bowiem bohater (a zarazem – narrator tej opowieści) stara się zbliżyć do Madame (która jest jego nauczycielką francuskiego i dyrektorką jego szkoły), próbując uzyskać jakieś informacje na jej temat i przyłapać jak Gombrowiczowski Józio pensjonarkę. Wizyty u wspólnych znajomych, w miejscach związanych z francuską kulturą i w których ona mogła bywać, przemyślane sposoby zbierania informacji, a nawet podglądanie – wszystko to zmierza właśnie w kierunku osaczenia za pomocą wiedzy.

 

Jednak działania te bardzo długo nie przynoszą pożądanego efektu, a czytelnik wraz z narratorem coraz mniej rozumie zachowanie Madame i dawane przez nią sprzeczne sygnały, za to coraz bardziej pragnie, by ziściły się marzenia tego nieco przemądrzałego licealisty. Do tego stopnia utożsamia się z bezimiennym narratorem, że nie czuje do niego żalu o nieetyczne metody pozyskiwania uwagi nauczycielki. I ma się ciągle poczucie, że to nie tak powinno się dziać, np. Madame w ogóle nie powinna pojawiać się w miejscach, w których chłopak spodziewa się ją spotkać. Wraz z rozwojem akcji wyczuwa się coraz dotkliwiej, że happy end to rzecz nierealna i że bohater wręcz się go obawia.

 

Co jest źródłem tego lęku? Najprawdopodobniej wiedza o kiczu, którym trąci szczęśliwa miłość, a narrator, jak przystało na dorastającego intelektualistę i artystę, kiczu chciałby uniknąć za wszelką cenę. Może także przeraża go budzący się w nim erotyzm: oglądając wystawę dzieł Picassa (na którą przyszedł, pragnąc zobaczyć swoją nauczycielkę), uświadamia sobie swój popęd, a w kontekście niedostępności Madame wspomina scenę gwałtu z Popiołów (czytaną wielokrotnie przez uczniów jego klasy ulegających tej samej manii – nie bez powodu drugie imię ich nauczycielki to Wiktoria) oraz niedostępną Zosię z Dziadów.

 

Zdecydowanie największym atutem książki Libery jest umiejętność zarażenia czytelnika obsesją gnębiącą głównego bohatera oraz wciągnięcie go do wielopoziomowej gry z tekstem. Poza tym autor niezwykle umiejętnie sprzedaje kłamstwo zwane literaturą i ja kupuję je od niego bez żadnych zastrzeżeń... a Ty?

Katarzyna Panfil (październik 2009)


 

                      Zdążyć za Hanną Krall

 

Hanna Krall w swoich reportażach stawia nas przed dylematami psychologicznymi, literackimi, filozoficznymi. Kluczem do każdego jej tekstu staje się zapis pojedynczego ludzkiego losu uwikłanego w absurdalne mechanizmy historii. Bardzo często źródłem materiału reportażowego są zdarzenia zapisane jedynie w pamięci tych, którzy przeżyli wojnę.  Dlatego obraz stanowiący odwzorowanie ludzkiej pamięci, kapryśnej i zagmatwanej, z jednej strony jest często fragmentaryczny i niespójny, z drugiej – niezwykle nasycony szczegółem. Wyłowić z gąszczu cudzych wspomnień te drobiazgi: jakieś obrazy z dzieciństwa, zapamiętany widok z okna, codzienny strój przechodniów na ulicy, nazwisko czy choćby rys twarzy osoby, która uratowała rodzinę od głodu to w jej ujęciu oddać cześć pamięci, odtworzyć bogactwo świata, który zaginął. To ocalić od zapomnienia. Jednak pod piórem reporterki przeszłość nie zostaje tylko ożywiona i utrwalona – ona narasta w czasie, pęcznieje od bezliku detali, rozgałęzia się, z zakoli pamięci wyłaniają się pozornie nieznaczące drobiazgi, istotne jednak w kontekście opowieści Żydów czy Polaków, którzy na nowo przeżywają zapomniane porywy i dramaty. Tak, jakby Krall chciała nam uświadomić, że śmierć pojedynczego człowieka jest przecież tylko częścią pełnej epizodów historii o jego życiu, o jego dziwactwach i namiętnościach, ambicjach i słabościach. Śmierć odarta z tego opisu byłaby tylko kolejnym, anonimowym faktem odnotowanym w szarej statystyce.

               

Na ile „reportażowa” jest forma tych tekstów? Zarzucano jej, że przekracza formułę reportażu prasowego wykorzystując cechy stylu literackiego, zarzucano jej, że poddaje opowieści udramatyzowaniu, skomponowaniu, że opatruje je puentą, zarzucano jej tak zwane „piękne pisanie”. Moim zdaniem jednak te zabiegi stylistyczno-literackie nie odbierają „reportażowości” jej tekstom. Jestem pewna bowiem, że każdy (niezależnie od tego czy jest reporterem, pisarzem czy poetą), kto podejmuje próbę zapisu tragicznego doświadczenia zbrodni ludobójstwa staje przed dylematem wyboru formy, zmaga się z odpowiedzią na pytanie: „jak pisać po Oświęcimiu?” Mnie wystarczająco przekonują słowa reporterki: „Tragedie pozbawione formy są czymś bezwstydnym. Forma oddala na odległość,  która pozwala w ogóle opowiadać. – Bez formy znalazłabym się w tym dole pełnym trupów”[1].

Krall wypracowała sobie charakterystyczny styl: mamy do czynienia z oszczędną w słowa relacją, reporterka pozwala raczej mówić swoim bohaterom; unika ocen. Kiedy jednak w centrum uwagi reporterki znajdują się Ci, którzy zgotowali piekło Żydom – dystans i powściągliwość, jakie przebiją z relacji nabierają wyraźnie oskarżycielskiego tonu. Tak, jakby Krall brakowało właściwych słów, by wyrazić i wytłumaczyć, jak okrutny i „nieludzki” może stać się człowiek. Dobrym przykładem tego jest fragment z tomu reportaży Tam już nie ma żadnej rzeki: „Artyści berlińskiego zespołu spytali, czy mogą jechać z policjantami na akcję. Razem pojechali do Łukowa. Poprowadzili Żydów za miasto, na piaszczystą, skąpo porośniętą łąkę. Kazali im się rozebrać i położyć twarzą do ziemi. Policjanci strzelali jak zawsze, w tył głowy. Artyści przyglądali się i spytali, czy też mogliby zabijać. Policjanci wręczyli im broń. Artyści z rozrywkowego zespołu zastrzelili w Łukowie kilkuset Żydów”[2].

Teksty Krall to dla mnie jednocześnie reportaże i nie-reportaże. To więcej niż reportaże. To pamięć, która ocala. To życie. Na sztuce pisania reportażu znam się tyle, co nic. Ktoś może też zapytać, co młoda studentka może wiedzieć o życiu. Nawet, jeśli niewiele, to przynajmniej intuicyjnie czuję, że w jej tekstach, już w samym rytmie jej prozy jest wiele życiowej, autentycznej mądrości. Bowiem mimo że tematycznie są one zanurzone w przeszłości, to jednak wiele przedstawionych w nich scen nabiera ponadczasowego wymiaru. Urzekające jest zwłaszcza to, że Krall nie próbuje za wszelką cenę, co zdarza się często we współczesnym dziennikarstwie, dociec prawdy. Nie dąży do tego, by znaleźć  i podać odpowiedź na każde pytanie. Nie boi się w odpowiednim momencie zatrzymać i wyznać: „Nie wiem”; „Nie staram się przenikać tajemnic tych, którzy przeżyli”, „Czy muszę wiedzieć?” To, co reporterka pozostawia w nawiasie, w domyśle – dla czytelnika może stać się wyzwaniem, zmusza do refleksji, nie pozostawia obojętnym. Często zastanawiam się na przykład, co by się stało, gdyby niektórzy bohaterowie jej reportaży jednak ocaleli. Okazuje się jednak, że każde inne, nawet najbardziej prawdopodobne zakończenie nie ma sensu. Bo to nie literatura piękna, gdzie można by wybierać scenariusze, ale życie.

W jednym z wywiadów zwróciłam uwagę na następującą wypowiedź Hanny Krall:

„Myślę, co będzie, jak ja przestanę słyszeć, jeśli będę przegapiać ludzi, o których powinnam pisać, jeśli ich nie rozpoznam i nie będę wiedziała, że to właśnie są ci bohaterowie najważniejszego reportażu. Wtedy należałoby przestać być reporterem; tylko czy reporter o tym wie? Doświadczenie uczy, że są reporterzy, którzy byli niegdyś wspaniali, ale coś się stało z ich słuchem, z ich intuicją, z ich skórą i oni nie zauważyli tego. Byłoby więc dobrze, gdyby znalazł się ktoś kto mi powie: Ty już więcej nie pisz. Już koniec. Wystarczy; nie pisz więcej. To okrutne, ale byłby to naprawdę dobry uczynek”[3].

Pani Hanno, proszę nie przestawać pisać!

PS. Mój tekst dedykuję pamięci Marka Edelmana, ostatniego przywódcy powstania w getcie warszawskim, którego wspomnienia z czasu Zagłady zapisała Hanna Krall w powieści-dokumencie Zdążyć przed Panem Bogiem.

Renata Gromuł (październik 2009)



[1] Cyt za: H. Krall, [w:] M. Janion, Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji, Warszawa 2001, s. 400.

[2] H. Krall, Pola, [w:] Portret z kulą w szczęce i inne historie, 1998, s. 167.

[3] http://www.reporter.edu.pl/absynt_klub_autorow/workshop/hanna_krall_o_warsztacie_reportera


 

 

      INTYMNA TEORIA WZGLĘDNOŚCI

 

 "Za granicą fikcji literackiej znajduje się świat, który nie ma żadnych granic: świat prawdy. Opowiedziany prawdziwymi historiami prawdziwych ludzi staje się czasem tak nierealny lub tak nieprawdopodobny, że zbliża się do granicy fikcji. Nie potrzeba wymyślać i układać w całość skomplikowanych fabuł. Wystarczy słuchać, obserwować, zachwycać się, wzruszać, zastanawiać lub z przerażeniem po prostu uwierzyć. Wszystkie historie opisane w tej książce są prawdziwe". <Janusz L.Wiśniewski>

„Intymna teoria względności” to zbiór felietonów autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego, które drukowano na łamach miesięcznika PANI w latach 2004-2005, i które ukazują się w PANI po dzień dzisiejszy. To zbiór historii, które rzeczywiście wydarzyły się we współczesnym świecie. To przekrój poprzez różne sytuacje życiowe, od smutku i samotności, po namiastkę miłości.

                                  

Czasem wydaje się nam, że wiemy wszystko o napotkanym człowieku, że wystarczy się przyjrzeć, by odkryć jego tajemnice, lęki i tęsknoty, ale prawda jest ukryta z dala od naszych spojrzeń, w samotności czterech ścian, w ciszy późnego wieczoru…

Wczytując się w kolejną historię ludzkiego życia odczuwamy mieszane emocje, bo tak naprawdę, gdzieś coś takiego już przeżyliśmy, czy sami, czy ktoś obok nas. Tylko często, jak dzieje się jakaś tragedia to zamykamy uszy i oczy, bo czasami tak łatwiej – nie odczuwać. Książka Janusza L. Wiśniewskiego daje nam szansę na zgłębienie tematu samotności, zdrady, choroby, śmierci…na refleksję, na chwilę zadumy.

"Nie ma jedynej i ostatecznej prawdy. Jest ona tak samo względna, jak wszystko inne w otaczającym nas świecie.[…] Sprawa nie musi być koniecznie słuszna tylko, dlatego, że ktoś oddał za nią życie. To, że wszyscy wokół przyznają komuś rację, wcale nie znaczy, że ten ktoś jest nieomylny.[…] Względność prawdy jest szczególnie widoczna, gdy odnosi się ją do oceny ludzkich zachowań. Przykładanie własnych miar moralności do innych jest normalną reakcją człowieka. Nienormalne i, moim zdaniem, błędne jest natomiast dokonywanie nad nimi sądu i pochopne skazywanie na potępienie lub pochwałę. Zazwyczaj wiemy zbyt mało o motywach takich, a nie innych zachowań, nie znamy ani wszystkich uwarunkowań, ani wszystkich tajemnic, a przez to jesteśmy skłonni do krzywdzących uogólnień.[…] Prawo do sprawiedliwego sądu nad kimś mamy dopiero wtedy, gdy zechcemy i będziemy starali się zrozumieć. A do tego potrzebne jest przekroczenie pewnej granicy intymności… "

O autorze - Janusz Leon Wiśniewski - nie tylko znakomity pisarz, ale także wybitny naukowiec, doktor informatyki i chemii. Urodzony w Toruniu, ojciec dwóch córek, obecnie mieszka i pracuje (nad nowatorskim oprogramowaniem dla chemików) we Frankfurcie nad Menem. Do jego najsłynniejszych bestsellerów należą: „Samotność w sieci” (ekranizacja filmowa, telewizyjna i teatralna), „Zespoły napięć”, „Martyna”, „Los powtórzony”, we współautorstwie z Małgorzatą Domagalik - „Między wierszami” i „188 dni i nocy”, „Czy mężczyźni są światu potrzebni?”, „Molekuły emocji” oraz najnowsze – „Arytmie”, „Bikini” i „Bajkoterapia”.

Jako czytelniczka – POLECAM, bo warto poświęcić jedną małą chwilę, żeby się przekonać o wielkiej wartości tej literatury.

Marzena Gólska (wrzesień 2009)


 

     Paweł Huelle, „Opowieści chłodnego morza”

 

            Paweł Huelle zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników do tego, iż akcja większości  jego utworów rozgrywa się nad morzem, zazwyczaj w rodzinnym Gdańsku. W „Opowieściach chłodnego morza” artysta poszedł jeszcze o jeden krok dalej, czyniąc z morza już nie tylko tło dla rozgrywających się wydarzeń, ale główną zasadę kompozycyjną – motyw przewodni, który przewija się przez wszystkie opowiadania zbioru, tworząc z niego naprawdę spójną całość o bardzo przemyślanej i wyrazistej kompozycji, dodatkowo wzmocnionej klamrą kompozycyjną, stworzoną przez opowiadania: „Mimesis” i „Pierwsze lato”.  

             „Opowieści chłodnego morza” to tom bardzo równy pod względem stylistycznym. Wszystkie opowiadania napisane są stylem prostym, złożonym na ogół z krótkich zdań, co umożliwia szybkie czytanie i ułatwia odbiór. Jednocześnie jednak jest to styl niepozbawiony erudycji, dzięki czemu opowiadania stanowią łatwą i przyjemną, ale także wartościową rozrywkę literacką, będącą atrakcją zarówno dla wytrawnych smakoszy literatury, jak i dla osób stawiających dopiero pierwsze kroki w europejskiej spuściźnie literackiej.

Huelle konsekwentnie unika potoczystej mowy, ogranicza do minimum opisy przyrody, niezwykle rzadko opisuje swoich bohaterów – czyni to tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę niezbędne. Posługuje się stylem bardzo rzeczowym i konkretnym, a mimo to osiąga w swoich opowiadaniach nastrój mistycyzmu, fantastyki, niesamowitości, swoistej wręcz baśniowości. A to głównie dzięki odwołaniu się w wielu z nich do wierzeń ludowych, wprowadzeniu niesamowitych sytuacji, a także dzięki osadzeniu akcji niektórych opowiadań (np. „Öland”) w odległej przeszłości, co czyni je opowieściami jakby trochę z innego świata. Nie jest to jednak mistycyzm przesadzony, napuszony czy wprowadzony w sposób sztuczny. Jest to mistycyzm bardzo naturalnie wkomponowany w ogólny zarys semantyczny utworu, o charakterze służebnym względem głównego wątku. Ta odrobina fantastyki i tajemniczości stanowi doskonałe urozmaicenie opowiadań, które są utrzymane raczej w stylu realistycznym, odtwarzającym dosyć wiernie reguły życia, poza tymi właśnie nierealistycznymi wątkami, obecnymi w każdym opowiadaniu. Owa niesamowitość przenosi czytelnika w niezwykły świat i sprawia, że naprawdę trudno jest oderwać się od lektury.

            Huelle bardzo ciekawie skonstruował głównych bohaterów poszczególnych dziełek składających się na „Opowieści…”. Są to zawsze bohaterowie pokazani w jakimś szczególnym, niesamowitym, a czasem wręcz nierzeczywistym momencie życia. Bohaterowie zmęczeni, czasem znudzeni, życiem, z bagażem doświadczeń, w jakimś stopniu niedopowiedziani, poszukujący jakiegoś sensu w swojej egzystencji. Dla wielu z nich jest to jedyny już cel do osiągnięcia, dla którego często wracają się fizycznie (o ile to możliwe) lub chociażby intelektualnie do czasu lub miejsca swojej przeszłości. Pozorny wyjątek pod tym względem stanowią dwa opowiadania autobiograficzne – „Poczta rowerowa” i „Depka – Rzepka”. Tylko pozorny, ponieważ czym innym są te opowiadania, jeśli nie właśnie osobistym powrotem samego artysty-narratora do przeszłości? Jak najbardziej więc wpisują się w przyjętą konwencję. Podobna konstrukcja bohaterów poszczególnych opowiadań jest jeszcze jednym dowodem na to, jak bardzo „Opowieści chłodnego morza” są przemyślane i jak profesjonalnie dopracowane pod względem kompozycyjnym.

            Książka oprócz swojej niezaprzeczalnej wartości artystycznej ma także wartość poznawczą i historyczną. Opowiadania składające się na zbiór często bowiem nawiązują do tak zwanych „mitów północy” oraz do historii Pomorza, stanowiąc niekiedy rozwinięcie wątku historycznego lub mitologicznego. Na przykład wspomniane tu już opowiadania autobiograficzne opisują realia Gdańska w czasach komunistycznych. „Mimesis” jest narracyjnym obrazem prawdziwej historii ludzkiej, wysłuchanej przez autora. „Ukiel” zaś nawiązuje do mitologicznego wątku o pradawnych mieszkańcach Pomorza.

            Będąc adeptką edytorstwa, nie mogę nie wspomnieć również i o edytorskiej stronie „Opowieści…”. Format książki jest bardzo wygodny, dzięki czemu łatwo można włożyć ją do torebki i wybrać się z nią w najdalszą nawet podróż, ponieważ, mimo twardej oprawy, jest wyjątkowo lekka. Czcionka jest czytelna i odpowiedniej wielkości – czytanie nie męczy wzroku, kolumna odpowiednio rozmieszczona na stronie, marginesy i interlinia dosyć duże, co w połączeniu z papierem w kolorze kości słoniowej zdecydowanie ułatwia czytanie tego i tak już wciągającego tekstu. Okładka została dobrze dopasowana do tytułu książki – kolor szary znakomicie oddaje chłód. Książka łatwo się otwiera, co jest bardzo ważne dla komfortu korzystania z niej. Została wyposażona w zakładkę, co również jest bardzo pomocne. Drobne niedociągnięcia zauważyłam jedynie w korekcie tekstu. Jednak ponieważ są one bardzo nieliczne, nie zmniejszają komfortu czytania, a dla osób niezwiązanych zawodowo z korektą, a więc niewyczulonych na idealną poprawność, będą pewnie niedostrzegalne.

            Serdecznie polecam „Opowieści chłodnego morza” wszystkim czytelnikom poszukującym jednocześnie przyjemnej, kulturalnej i inteligentnej rozrywki. Opowiadania Pawła Huelle są naprawdę niesamowite, a czas spędzony z nimi upływa niezwykle przyjemnie, niestety nieco za szybko – to właśnie jest ten jedyny minus dobrej literatury.  


Weronika Gołębiowska<wrzesień 2009>