Co piszczy w słowach? / Forum sztuki /
Wieczór z poetą w Cafe del Arte…
„ tylko zechciej się całować
no a potem zatrzepotać
skrzydeł wdziękiem
rozbierając się z sukienki…”
W pewien wietrzny i deszczowy wieczór 13 października b.r. w Cafe del Arte w Krzywym Domku w Sopocie odbyło się spotkanie z poetą - Piotrem Szczepańskim, podczas którego promowano książkę „Bukszpanowe Adagia”.
Na wieczór z poezją przybyło ponad dwadzieścia osób, które w większości już znały bogatą twórczość autora. Spotkanie przy filiżance gorącej kawy, w półmroku nastrojowo oświetlanym światłem świec, byłoby niczym bez tych wszystkich wierszy Piotra Szczepańskiego. Jak powiedziała sama Gabriela Szubstarska, wprowadzająca gości w wieczór z poezją – nie zna osobiście pisarza, który posiada tak bogatą twórczość i przy tym wszystkim jest osobą niezwykle skromną. Podczas trwającego prawie półtora godziny spotkania, Piotr Szczepański zarecytował tylko namiastkę swoich wierszy - głównie o tematyce miłosnej, o szczęściu i o życiu, a także w ramach „przerwy od poezji”, zaprezentował fragment swojej prozy.

W wielu utworach pisarz polemizuje z innymi wielkimi poetami takimi, jak Ernest Bryll, Zbigniew Herbert, czy w nawiązaniu do klasyki – Julian Tuwim. Podobnie jak tematyka, tak sam nastrój jest różny, czasami poważny i skłaniający do refleksji, czasami zaskakujący i zabawny. Przykładem takiego kontrastującego ze sobą połączenia jest przytoczony poniżej fragment jednego z wierszy:
„ biegłaś ze mną przez aksamit
wymościłem Ci nim łąkę
nad miasteczka ulicami
w rękawiczkach i koronkach
wskakiwałaś mi na ręce
delikatna i leciutka
i to wszystko z przytulenia
i nie było nic już więcej ”
a dalej ta sama treść, ale innymi słowy:
„ ruszasz dupą jak ta dżaga
kiedy walisz na punkt zero
by naskoczyć mi na klatę
dobrze że to było latem
i twe ciuchy pospadały
w sposób niemal doskonały…”
A na koniec osobista refleksja: byłam mile zaskoczona nie tylko niezwykłą twórczością pisarza, ale także samą jego osobą i klimatem, jaki się wytworzył w trakcie całego wieczoru. Uważam, że warto od czasu do czasu wybrać się na taki wieczór z poezją, bo można odkryć coś niezwykłego, a szczególnie teraz, kiedy wieczory coraz dłuższe…
Piotr Szczepański - poeta, plastyk, animator kultury, autor kilku tomów poezji, współautor antologii poetyckich w kraju i zagranicą i wielu zbiorowych wystaw plastycznych. Kierownik Klubu Osiedlowego "Bolek i Lolek" w Gdańsku, założyciel "szkoły haiku", laureat III nagrody International Kusamakura Haiku Competition - Japonia 2001, członek Europejskiego Stowarzyszenia Autorów KOGA w Minden.
Informacja dla wszystkich zainteresowanych:
wieczory z poezją w Cafe del Arte odbywają się, co każdy wtorek, a oprócz tego planowane jest wiele innych ciekawych wydarzeń.
Więcej informacji na stronie Kawiarni w Galerii - www.cafedelarte.pl
Marzena Gólska (październik 2009)
Słów kilka o poezji Janusza Szubera
O poezji Janusza Szubera dowiedziałam się niedawno, ale niemal od razu włączyłam go do grona moich ulubionych twórców. Pochodzący z Sanoka autor doczekał się już publikacji w znaczących wydawnictwach (Wydawnictwo literackie i Znak), dwóch prób monograficznego ujęcia jego utworów (książki autorstwa Tomasza Cieślak-Sokołowskiego i Jacka Mączki), zbiorowego wydania artykułów oraz pokaźnej grupy recenzji i krótkich artykułów w prasie. Najwięcej pisze się o grupie tematów widocznych niemal na pierwszy rzut oka i to właśnie ich krótkiego zestawienia na przykładzie wierszy z różnych tomików postaram się tu dokonać, ponieważ zależy mi na zachęceniu do sięgnięcia po poezję Szubera tych, którzy jeszcze nie mieli z nią do czynienia.
Znakomite opisy osób, powroty do dzieciństwa i ukazywanie stron rodzinnych służą przede wszystkim poszukiwaniu tożsamości. Poeta nieustannie balansuje pomiędzy jednostkowością a uniwersalnością, poczuciem przynależności do wspólnoty i podobieństwa z innymi ludźmi a świadomością własnej odrębności. Problematyczne staje się także poczucie (nie)ciągłości z sobą samym z przeszłości oraz sobą myślącym o sobie w teraźniejszości, co uwidacznia się m.in. w wierszu Kiedy miałem piętnaście lat (z tomu Gorzkie prowincje):
Już wówczas wyraźnie podzielony:
Ja, dla siebie także – on, idący wtedy z sobą,
Osobny, równocześnie w niewytłumaczalnym,
Głębokim przymierzu z nie-ja.

Podejrzliwości wobec prostego myślenia o własnej tożsamości towarzyszy nieufność wobec języka, a ujawniające się w wierszach Szubera refleksje bliskie są współczesnej filozofii i teoriom języka. Autor ma poczucie, że jesteśmy skazani na myślenie o rzeczywistości poprzez język, jakim się posługujemy, oraz że słowa niezupełnie oddają to, co odbierają nasze zmysły. Jedną z licznych świadczących o tym uwag zamieścił poeta w wierszu Oby (tom Czerteż):
Psu na budę takie wierszopisanie,
Jeśli słowem substancji nie da się nabrać jak łyżką.
Lichy wiersz, Boże ratuj, oby się nie narodził.
Jednak poezja Szubera zdaje się przeczyć tej wiedzy swoim umiłowaniem konkretu („Gwóźdź pojedynczy, nawet zardzewiały bretnal, / Ważniejszy dla mnie od idei gwoździa”), dążeniem do ujęcia rzeczywistości w sposób jak najpełniejszy, choć poprzez budowanie obrazu jedynie z kilku jego wycinków. Podmiot tych utworów odbiera świat wszystkimi zmysłami:
Pijemy zimny groszek gazowanej wody
Bosą piętą wiercimy w kurzu palce uniesione
Tyle na nich kolorów jak w ogonie pawia
Patrzą ciekawie oczami paznokci
Wróble szare tamponiki z pierza
Iskają niedbale wyszczerbiony chodnik
Lew się przeciąga na afiszu z cyrku
A woltyżerka ma różową pupę
I pachnie pomarańczową farbą na deskach parkanu
Zimny groszek kłuje ciepłe podniebienie
Srebrnymi szpileczkami i ucieka w przełyk
Jak pośpieszny pociąg który właśnie teraz
Przysiadł na peronie w kłębach siwych bokobrodów
(Wczesne popołudnie, z tomu: Las w lustrach)
Warto zauważyć, że w wierszu tym nie tylko obecny jest wzrok, zapach i smak, ale też sugestie wrażeń dotykowych: poza ukłuciami gazowanej wody na podniebieniu, niemal można wyczuć miękkość wróblich piórek i szorstkość piasku na pięcie.
Jednocześnie w tym opisie widoczna jest kolejna zasada poezji Janusza Szubera – mitologizacja rzeczywistości. Odnosi się wrażenie opisu arkadyjskości dzieciństwa, jakiejś mitycznej krainy. W tych wierszach nawet najprostsze czynności nabierają głębszego sensu:
Szorowanie schodów w sobotę, wczesnym
Popołudniem: kubeł parujący mydlinami,
Zanurzana w nim ryżowa szczotka
I płaska miednica ze szmatą do zbierania
Wody, karbowane harnadle przytrzymujące
Jej warkocz upięty w ciężkie gniazdo,
Płócienny fartuch na szelkach,
O który obcierała zaczerwienione ręce,
Kiedy przysiadając na piętach badała
Pilnie schnącą powierzchnię, bielały klepki
Słojami mory a ona cofała się tyłem,
Schodek po schodku, coraz niżej,
Całą sobą oddana tej czynności jakby od niej
Zależało czy następny dzień, w zgodzie
Z trzecim przykazaniem, będziemy
Jako święty święcić.
(Trzecie przykazanie, z tomu: Biedronka na śniegu)
W podobny sposób przedstawiane są historie ludzi, których opowiadanie jest niemal programowym zadaniem tej poezji (dlatego często mówi się o jej narracyjności). A jednak sielskość wizerunków osób uchwyconych w czasie wspinaczki w górach, niezwykłość charakteru kobiet wyprzedzających swoją epokę lub po prostu wiarygodnie ukazanych obiektów miłości, zostaje zniszczona poprzez wiedzę poety o ich przyszłości. Za parę lat człowiek widoczny na starej fotografii czy w jakiś szczególny sposób zapamiętany zachoruje, umrze, stoczy się...
Częstymi bohaterami tych wierszy są osoby związane z miejscem zamieszkania poety, często są to członkowie jego rodziny. Przewijają się tu niezależnie od czasów, w których żyli, i od narodowości. Jednych poeta zna(ł) osobiście, innych – z opowiadań czy książek. January Poźniak, Mosze Tieger, babki, prababki, rodzice, zmarli bracia, Wasyl Czurma osadzają tę poezję w ograniczonym geograficznie obszarze i choć ich losy są w pewien sposób uniwersalne, sprawiają wrażenie zadomowienia w tej małej ojczyźnie także czytelnika. Natomiast z tego kręgu wyłączają nas (zazwyczaj objaśniane) wyrazy takie, jak szeperlaki, szturpak, krahla itp. Nadają one wierszom kolorytu lokalnego, podobnie jak wspominanie nazw miejscowości (Międzybrodzie, Czerteż, Ostra Górka, Tarnawka i in.). Z tego powodu oraz ze względu na olbrzymią wiedzę poety o historii i kulturze regionu (najczęściej przytaczanym dowodem tej wiedzy jest wiersz składający się niemal wyłącznie z cytatów pt. Las wielki i niedźwiedziów dosyć) nazywa się go poetą z Sanoka, chociaż sam twórca zastrzega (i trudno się z tym nie zgodzić), że Galicja jest dla niego po prostu reprezentatywnym regionem będącym obrazem świata.
Podobnie obiegową opinią jest porównywanie Szubera do Miłosza i chociaż porównanie to jest w dużej mierze zasadne i nie przynosi ujmy autorowi Czerteża, to jednak nie daje pełnego wyobrażenia o jego twórczości. Szuber, owszem, jest poetą klasycyzującym o niezwykłej erudycji, często także posługuje się kategorią ironii budującej dystans wobec przestawianego dzieła, a wiele ze wspomnianych wyżej cech można przyłożyć także do późnej twórczości noblisty. Jednakże od Miłosza zdecydowanie odróżnia go większa odwaga w ukazywaniu ludzkiej cielesności, nawet w jej wypartych z kultury przejawach:
W ostatnich latach życia przestała być sobą:
Upokorzony umysł, węch i obrzędy z wydalaniem,
Ślady ekskrementów na przedmiotach,
Zegar bez wskazówek, bełkot w miejsce mowy.
(Pani Zofia, z tomu: Biedronka na śniegu)
Obok wielu innych cech, które różnią obu poetów, warto jeszcze wspomnieć o obecności w poezji Szubera licznych zabaw formą, w których zwłaszcza często obecne są inspiracje barokiem, jak w Ośmiu wersach ku przestrodze (z tomu: 19 wierszy), w których pobrzmiewają echa poezji Sępa Szarzyńskiego (a nawet końcowy wers jest wyraźną trawestacją słynnego zakończenia Napisu na statuę abo na obraz śmierci: „Jeśli nie przymierza / Ta sroga szampierza / Któremu do szyje / Strzeż się oto bije”):
Poklask miał być i korona
A tymczasem wióry, słoma.
Szybko a jakby pomału,
Od postu do karnawału.
Chwycisz, trzymasz – pusto w dłoni.
Myślisz: uszedłem pogoni,
Wtedy arkan dławi szyję.
Było czyjeś – już niczyje.
Na tym zakończę tę z założenia uproszczoną charakterystykę, jeszcze raz zachęcając zainteresowanych do sięgnięcia po poezję Janusza Szubera. Dodam, że tomik Glina, ogień, popiół dostępny jest w wersji elektronicznej na stronie sanockiej biblioteki: http://www.biblioteka.sanok.pl/www/pdf/glina.pdf , a gdy dobrze poszukać, to i w gdańskiej księgarni znaleźć można parę tomików Szubera.
Katarzyna Panfil (wrzesień 2009)
Czy warto czytać spam?
„Spamy miłosne”, kolejny tomik Agnieszki Wolny-Hamkało, zostały zdominowane przez kobiecą perspektywę, a do podmiotu lirycznego tych utworów (choć często ukrytego, a czasem przybierającego rodzaj męski) dobrze pasują słowa wiersza zatytułowanego „dziwna pani”:
A miała dorosnąć.
Mówili: może
kiedy przyjdzie dziecko
będzie musiała pójść
do normalnej pracy.
Ale nie: siedzi z dziećmi
w trawie i wywołuje duchy
pradawnych zabaw
i pisze na piasku patykiem
litery, których nikt już
nie przeczyta.
Strzępki dzieciństwa proponuje w swoich wierszach także Wolny-Hamkało, ale nie jest to dzieciństwo „sielskie, anielskie” w Mickiewiczowskim rozumieniu. Oglądane często z punktu widzenia dziewczynki, spędzane wśród bloków, niewolne jest od poważno-naiwnych działań („W trzewiach bunkra robiliśmy skręty z szałwi / i skórki banana”), okrucieństwa („Rano truła kotki, póki ślepe”) oraz dziecięcego pożądania („Za kulkę kitu szybki język w usta”), a jednocześnie zawadiackie i miłe w gruncie rzeczy.

Druga, obok dziewczynki, pojawiająca się w „Spamach miłosnych” bohaterka to „ona” i można ją chyba utożsamiać z żeńskim podmiotem niektórych utworów. Została ona pokazana jako uniwersalnie kobieca w swoich zachowaniach („Nikt nie wie, że biegnie zadzwonić. / Specjalnie wychodzi z domu (ubrała się ładnie) / Sąsiadki mówią jakaś rozjaśniona [...]”), fantazjach („Lubiła śnić i było jej przyjemnie, że on nie / śni. Bezgrzesznie, choć często zakochiwała się / przez sen [...]”) i dość dyskretnym erotyzmie („Moja głowa spoczywa na brzuchu / autora snu, który ma gościnne usta / i czysty staranny język”).
Jednak zasadniczym bohaterem „Spamów miłosnych” stało się miasto (co zostało wskazane także poprzez odniesienie się w jednym z wierszy do powieści Magdaleny Tulli „Sny i kamienie”). Miasto widziane w ruchu i zmianie, w onirycznej niepewności i z różnych perspektyw. Obwodnice, samoloty, bloki, posągi fontann, karetki... wszystko ujęte w jednym mgnieniu oka, w ruchu wraz z ludźmi przewijającymi się w tym otoczeniu.
Ta seria zdjęć robionych „polaroidem” wydaje się być przede wszystkim pretekstem do zabawy językiem i zaskakiwania oryginalnością skojarzeń. Dlatego wiele w wierszach Wolny-Hamkało gry słów („nie miał nawet porządnej latarki / tylko niewielką na dwa paluszki”), odświeżania ich zatartych znaczeń („Rozmawiając układam kamienie w mały stos – / płoną całe zdania”) i niezwykłych porównań („słońce jak kluska rozgotowana”). Poetka nie boi się mówić językiem współczesności ani mieszać języków pochodzących z różnych rejestrów, odzwierciedlając w ten sposób pluralizm i kolażowość naszej rzeczywistości. Dlatego obok słów neutralnych napotykamy tu zaczerpniętą z farmakologii „pioktaninę”, dlatego wiśnie określa się jako „wiatrem wkurwione”, dlatego „pospiesznym puszczają zwieracze”, dlatego tyle tu słów typowych dla mowy użytkowników Internetu.
Jednym z nich jest tytułowy spam, czyli wiadomość niepożądana przez odbiorcę i skierowana do wielu osób jednocześnie. Na ile tytuł ten można uznać za manifest postulujący z jednej strony poezję efemeryczną (jak jednodniówki futurystów) i skazaną na powierzchowny (jeśli w ogóle jakiś) odbiór (jak na spam przystało), z drugiej – poezję skierowaną do mas i imponującą swoim zasięgiem? Na ile byłby to manifest nieudany, choćby ze względu na książkową formę, w jakiej go wydano, oraz jego nakład?
Nie to jest jednak istotne. Istotne jest, na ile udane są wiersze Wolny-Hamkało, bo chociaż w jej poetyce dostrzec można echo uroku liryki Grochowiaka i coś z magicznego realizmu zbliżającego ją do pisarstwa Tokarczuk, to jednak odnosi się wrażenie, że w jej liryce doszło do nadużycia. Do przepoetyzowania. Zagęszczenie metafor, porównań, elips, niezwykłych epitetów i skojarzeń jest tu tak wielkie, że już nie cieszą odbiorcy. Prowokują za to do zapytania, czy coś się za nimi kryje, czy warto czytać spam. A takiego pytania, mimo wspomnianych już i niewątpliwych walorów, ten tomik może już nie udźwignąć...
Katarzyna Panfil (wrzesień 2009)
Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi.
Poetyckie pożegnanie
Czy poeta kocha mocniej? Czy trzeba stracić kogoś bliskiego, żeby docenić wartość własnego bycia? Czy słowo ocala ludzkie życie? Jak wyrazić to, co niewyrażalne – jak opisać ten czas, kiedy matka odchodzi? Te pytania nieuchronnie mnożą się w trakcie lektury wyjątkowej książki-trenu nagrodzonej Literacką Nagrodą Nike 2000 – Matka odchodzi Tadeusza Różewicza.
Na tom, bogato ilustrowany fotografiami z rodzinnego archiwum, składa się wielogatunkowy repertuar tekstów, takich jak: wspomnienia z dzieciństwa Tadeusza, jego braci: Janusza i Stanisława, a także z dzieciństwa samej matki - Stefanii, zapiski pamiętnikarskie poety (Dziennik gliwicki) oraz jego wiersze z różnych okresów twórczości poświęcone najdroższej Matce. Ten swoisty wachlarz form zaprezentowany przez Różewicza staje się obrazem prawdziwej miłości panującej w domu rodzinnym, ale jednocześnie, w obliczu odejścia ukochanej Mamy, jest niczym innym jak ułamkiem, zaledwie cieniem szczęścia, które bezpowrotnie rozbiła śmierć.

Ze względu na tak różnorodny charakter formy tomiku, wydaje mi się, że nie sposób poddać dzieło rozważaniom analityczno – interpretacyjnym, traktując je jako niepodzielną całość. Swoje refleksje zatem przedstawię w oparciu o część, która urzekła mnie szczególnie: jest to eseistyczny, łączący prozę z liryką, napisany przez autora w pierwszej osobie otwierający lekturę książki tekst pt. Teraz. Elementem kompozycyjnie spajającym ten fragment jest niewątpliwie motyw matczynych Oczu: Teraz, kiedy piszę te słowa, oczy matki spoczywają na mnie(…) Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z „tamtego świata”. Nawet jeśli syn zamieniony został w maszynę do zabijania albo zwierzę mordercę oczy matki patrzą na niego z miłością… patrzą.
Spojrzenie Matki, czułe i kochające, ale też uważne i przenikliwe, osiąga tu wymiar pewnego symbolu - symbolu wszechmocy, ponadludzkiej natury, Absolutu. To Oczy, przed którymi nie ma ucieczki – jak przed własnym sumieniem, Oczy, które obserwując, sądząc i darząc syna miłością bez względu na wszystko, nigdy nie umierają, patrzą i będą patrzeć już zawsze, będą patrzeć – to znaczy: troszczyć się, współcierpieć z dzieckiem, rozumieć i wybaczać. A okazuje się, że niestety mają, co wybaczać.
Bo Teraz to także, a może przede wszystkim - gorzki, poruszający rozrachunek poety z samym sobą, z własnymi słabościami, zaniedbaniami wobec ukochanej matki… Ukochanej? Kochać bezgranicznie jedyną Matkę i nie pokazać jej wymarzonych gór, nie zaprosić do Krakowa, nie zabrać na obiecaną wycieczkę nad morze? Różewicz z drżącym ze wzruszenia głosem zdaje się wyliczać swoje kolejne popełnione „grzechy”, które, z pozoru błahe i znikome, na kartach książki nabierają niewyobrażalnej mocy: Mama nie widziała Warszawy. Mama nigdy nie leciała samolotem, nie płynęła statkiem. Nigdy nie byłem z Mamą w cukierni, w restauracji, w kawiarni, w teatrze, operze… Ani na koncercie…
Oczywistym jest, że nie mnie oceniać wagę Różewiczowych niespełnionych obietnic. Jedno jednak jest pewne: autorowi należy się prawdziwy podziw za ogromną odwagę – trudno przecież o bardziej osobiste, o bardziej zawstydzające wyznanie, na które tak czy inaczej jest już niestety za późno - ono bowiem nie przywróci życia Matce, a syn nigdy już nie zobaczy Jej uśmiechu, gdy usiądą razem nad brzegiem morza i pozbierają muszelki… Przeciętnego człowieka, który zawiódł własną mamę ogarnia nieopisany wstyd i żal, wyrzuty sumienia nieznające ukojenia. Różewicz jednak przeciętnym człowiekiem nigdy nie był – był Poetą! Poeta! Obiecywał i nie spełniał tych przyrzeczeń - ale stworzył po śmierci Matki tren poświęcony jej pamięci. Poeta! Nie zawiózł Mamy nad morze – ale napisał wiersz Stara chłopka idzie brzegiem morza. Poeta! Nie poświęcał wiele czasu chorej Rodzicielce czekającej w szpitalu na śmierć - ale skrupulatnie przelewał ból, troski, obawy na papier w Dzienniku Gliwickim… Jak dobrze, że Matka wiedziała o tym, rozumiała i konsekwentnie wybaczała. Ale Różewicz nie pisze po to, żeby usprawiedliwić swoje zaniedbania wobec Matki. To byłoby nadmierne uproszczenie. Twórczość poetycka dla Różewicza staje się przede wszystkim jedynym możliwym głosem sprzeciwu wobec rzeczywistości, w której przyszło mu żyć:
„Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy(…)”
(W środku życia)
Czyżby Poezja właśnie stała się ratunkiem wobec kryzysu wartości, jaki bezsprzecznie przyniósł okrutny XX wiek? Twórczość pomogła Poecie na nowo zbudować wizję rozbitego na nieprzystające do siebie okruchy świata: poeta! zestarzał się, stoi u „progu śmierci” i jeszcze nie zrozumiał że nóż służy do urzynania głów nosów i uszu(…) Oczywiście, że nie zrozumiał, bo jako Poeta właśnie nie mógłby zrozumieć, nie mógłby się z tym pogodzić! Słowo dla Poety wobec upadku ideałów, wojny, cierpienia, samotności i zagubienia ma ocalającą, uzdrawiającą moc zaklęcia, które zmienia rzeczywistość: nie mogę znaleźć drogi, upadam, podnoszę się (…) otwieram usta żeby coś powiedzieć „człowieka trzeba kochać”.
Jak jednak postępować w obliczu zamykającej tekst Teraz apokaliptycznej wizji przyszłości wróżonej nam przez Różewicza, jak nie zgotować sobie piekła na ziemi, jak skutecznie wyznaczać granice między pięknem a kiczem, prawdą a złudą, powagą a parodią, gdzie szukać ocalenia od nicości? W miłości, w drugim człowieku, w słowie, w oczach Matki?
Tadeusz Różewicz: Matka odchodzi, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999
Renata Gromuł (wrzesień 2009)
Cyprian Kamil Norwid "Śmierć"
Wiersz Norwida pt. „Śmierć” to bardzo szeroka znaczeniowo refleksja o śmierci, która została tu ukazana w trzech metaforycznych strofach z kilku perspektyw jednocześnie. Pierwsza zwrotka przedstawia istotę śmierci człowieczej:
Skoro usłyszysz jak czerw gałąź wierci,
Piosenkę zanuć lub zadzwoń w cymbały;
Nie myśl, że formy gdzieś podojrzewały;
Nie myśl – o śmierci…
Podmiot liryczny kojarzy letniego robaczka toczącego gałąź z rozkładem ciała człowieczego w grobie – z robakami toczącymi je po śmierci. Te smutne skojarzenia dają pretekst do refleksji nad kruchością życia ludzkiego, które jest nieustanną wędrówką ku śmierci – co w wierszu przedstawia metafora „dojrzewania form” osadzona w kontekście śmierci. Kruchość, marność i ulotność ziemskiej egzystencji budzi w bohaterze lęk i zgrozę, które jednak stara się on za wszelką cenę przezwyciężyć, gdyż uważa, że człowiek, pomimo swojej nietrwałości, powinien odrzucać myśli o zejściu z tego świata i swojej grobowej przyszłości, która nie maluje się optymistycznie. Odrzuceniu tych myśli służyć ma oddawanie się chwilowym przyjemnościom ziemskim, takim jak piosenka czy muzyka, być może chodzi tu o zabawę czy bal. Jednostka ludzka powinna wykorzystać swoje ziemskie bytowanie, czas jej przeznaczony musi użytkować z korzyścią dla siebie, nie może poświęcić się myślom o śmierci, bo wtedy zmarnuje swój, jakże krótki i tak, czas na ziemi.
Nie bez znaczenia pozostaje także dobór pory roku, na tle której zostaje ukazana refleksja o śmierci. Jest to z pewnością pełnia lata, o czym świadczy chociażby obecność czerwu – robaczka typowo letniego. Lato symbolizuje dojrzałość – „formy gdzieś podojrzewały” – ta dojrzałość jest tu zestawiona z nastrojem bohatera wiersza – on także czuje się dojrzały, być może jest już stary, wie, że niedługo czeka go śmierć, jej obraz uporczywie doń powraca, on jednak stara się ją bagatelizować, oddając się uciechom doczesnym, gdyż uważa, że tylko tak warto żyć.
W drugiej zwrotce odnajdujemy nieco inny obraz śmierci:
Przed-chrześcijański to i błogi sposób
Tworzenie sobie lekkich rekreacji,
Lecz ciężkiej wiary, że śmierć – tyka osób,
Nie sytuacji – –
Co prawda na samym swym początku druga strofa nawiązuje wyraźnie do pierwszej – chwali ,,tworzenie sobie lekkich rekreacji”, które pozwalają zapomnieć o śmierci. Dalej wprowadzona zostaje jednak nowa myśl – „[...] że śmierci – tyka osób,/Nie sytuacji - -”. Metafora ta ewokuje nowy obraz śmierci - strach przed własną śmiercią przeradza się w strach przed utratą bliskiej osoby. Bohater próbuje go usilnie przezwyciężyć, dlatego przekonuje się, że odejście kogoś bliskiego nie będzie dla niego silnym ciosem, próbuje uwierzyć w to, że śmierć jest w stanie zabrać tylko jedną osobę, nie zmieniając przy tym życia jej bliskich, nie zabierając im wspomnień – pięknych „sytuacji”, które z nią przeżyli. Wierzy, że ta sfera życia jest poza zasięgiem śmierci.
Ostatnia strofa jest kumulacją wszystkich myśli bohatera związanych ze śmiercią:
A jednak ona, gdziekolwiek dotknęła,
Tło – nie istotę, co na tle – rozdarłszy,
Prócz chwili, w której wzięła, nic nie wzięła –
Człek od niej starszy!
Śmierć nie zmienia osoby, którą zabiera, ale zmienia przede wszystkim jej otoczenie, to na nie głównie oddziałuje i to na nie właśnie wywiera swoje piętno. Człowiek, któremu umarła bliska osoba, staje się elementem zupełnie nowej rzeczywistości, jego sytuacja zmienia się, musi się oswoić z jakbym nowym światem – nowym, bo zmienionym, uboższym o tę jedną osobę. Czuje się starszy od śmierci, bo przeżył ją już wiele razy w postaci odejścia bliskich mu osób.
Z drugiej strony metaforyczną zwrotkę trzecią można też odczytać jako aluzję do śmierci własnej. Śmierć z życia osoby umierającej zabiera jedynie chwilę, w której doń przychodzi, poza tym nie zabiera jej nic. Człowiek nie powinien bać się jej, bo z natury rzeczy jest od niej starszy – ona rodzi się dopiero, gdy on odchodzi, dlatego nie może mu uczynić krzywdy. Myśl ta wyraźnie koresponduje ze słowami Epikura: „Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas”.
Wiersz Norwida ukazuje więc śmierć z dwóch perspektyw – jako utratę życia oraz jako utratę bliskiej osoby. Śmierć widziana jako utrata życia jawi się tu jako naturalna kolej rzeczy. W ostatniej strofie wpisaniu jej w naturalny porządek świata służy stwierdzenie, iż człowiek jest od niej starszy, a więc naturalne jest to, że kiedy ona przychodzi, on musi odejść – starsi umierają, a młodsi zostają. Śmierć tak pojęta nie jest złem dla człowieka, zabiera mu tylko jedną chwilę, kiedy doń przychodzi, nie krzywdzi go. O wiele boleśniejszym doświadczeniem jest śmierć bliskiej osoby. Kiedy umiera człowiek, którego kochamy, zmienia się całe nasze życie. Nic nie jest tak samo. Śmierć tak ujęta zabiera nam niemal wszystko, krzywdzi nas, jest złem, które przytłacza i sprawia, że życie traci sens.
Weronika Gołębiowska wrzesień 2009>
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Norwid_Cyprian_Kamil.jpg&filetimestamp=20071203235909
Sted wiecznie żywy
Choć 24. lipca obchodziliśmy trzydziestą rocznicę śmierci Edwarda Stachury, zaryzykuję stwierdzenie, że Sted jest wiecznie żywy. Żyje przede wszystkim jako legenda, bo iście romantyczny był to bohater…
Obok Rafała Wojaczka, Andrzeja Bursy, Włodzimierza Szymanowicza, Pawła Tatarewicza, Ryszarda Milczewskiego – Bruna oraz Wincentego Różańskiego został obwołany poetą wyklętym. Jego pamięć czczona jest poprzez Stachuriady – coroczne spotkania wielbicieli twórczości Edwarda Stachury. W tym roku Stachuriada odbyła się w dniach 26 – 27 czerwca w Grochowicach, w gminie Kotla (jak się dowiedziałam, miejsce spotkań jest stałe).
W programie znalazły się: warsztaty muzyczne prowadzone przez Jana Kondraka, na drugi dzień imprezy zaplanowany został Przegląd Poezji Śpiewanej pt. "Wyśpiewać poezję". W trakcie Stachuriady można było obejrzeć wystawę zdjęć pt. "Śladami Stachuriady" oraz zakupić książkę Poety na kiermaszu. Dodatkową atrakcją był koncert gwiazd, na którym wystąpił zespół Raz Dwa Trzy, grupa Trzy Dni Później oraz zespół Jana Kondraka. (wiadomości ze strony: http://glogow.info/aktualnosci/stachuriada-2009).
Słowa wierszy Edwarda Stachury wyśpiewywane są przez zespół Stare Dobre Małżeństwo, a na podstawie książki „Siekierezada” powstał film (reżyseria Ryszard Zatorski , Witold Leszczyński; scenariusz Edward Stachura , Witold Leszczyński; zdjęcia Jerzy Łukaszewicz; muzyka Jerzy Satanowski).
Kim był ów tajemniczy Mickiewicz XX wieku? Edward Stachura urodził się 18. sierpnia 1937 roku w polskiej rodzinie w Pont-de-Cheruy we Francji. Po II wojnie światowej Stachurowie wrócili do kraju i osiedli w Aleksandrowie Kujawskim. W 1956 roku Edward zdał maturę w III LO w Gdyni, a już rok później zaczął publikować. Był włóczykijem z zamiłowania. Podróżował po świecie: Jugosławia, Bliski Wschód, Norwegia, Szwajcaria, Francja, USA, Kanada oraz Meksyk, ale również po ojczystej ziemi – chodził, jeździł stopem, autobusami. Nie były to podróże krajoznawcze, a raczej w poszukiwaniu samego siebie. (Po przeczytaniu „Siekierezady” sama miałam ochotę spakować tobołek, zarzucić go na plecy i ruszyć przed siebie zostawiając telefon komórkowy w domu, szukając miejsca, gdzie nie dotarł jeszcze Internet).
Swoje „ja” Stachura odnalazł w bohaterach napisanych przez siebie utworów, na dobre przekształcił się w Michała Kątnego, bohatera „Się”. Człowiek o wielkiej wrażliwości często doprowadza do autodestrukcji. Starchura nie był wyjątkiem – w 1979 roku rzucił się pod pociąg. Został odratowany, ale stracił cztery palce. Ostatecznie powiesił się w swoim mieszkaniu przy ulicy Rębowskiej w Warszawie jeszcze tego samego roku. Niepowetowana strata dla polskiej literatury. Jednak to, co pozostawił inspiruje coraz to młodsze pokolenia.
Wędrówką jedną życie jest człowieka:
Idzie wciąż, Dalej wciąż, Dokąd? Skąd? Dokąd! Skąd! Jak zjawa senna życie jest człowieka; Zjawia się, Dotknąć chcesz, Lecz ucieka? Lecz ucieka! To nic! To nic! To nic! Dopóki sił Jednak iść! Przecież iść! Będę iść!
To nic! To nic! To nic! Dopóki sił, Będę szedł! Będę biegł! Nie dam się! Wędrówką jedną życie jest człowieka; Idzie tam, idzie tu, Brak mu tchu? Brak mu tchu! Jak chmura zwiewna życie jest człowieka! Płynie wzwyż, Płynie w niż! Śmierć go czeka? Śmierć go czeka! To nic! To nic! To nic! Dopóki sił! Jednak iść! Przecież iść! Będę iść! To nic! To nic! To nic! Dopóki sił, Będę szedł! Będę biegł! Nie dam się!
Jak opisać jego twórczość? Dla mnie jest to poezja rozdarcia, gdzie twoja lewa strona kłóci się z prawą, nadzieja z rozpaczą…
„Jest już za późno, nie jest za późno, jest już za późno, nie jest za późno”…
Jedynym wyzwoleniem od ciągłej walki z samym sobą jest śmierć. No i odnalazł spokój…
Mam nadzieję, że tą krótką notką zachęciłam do sięgnięcia po utwory Steda. A na razie zapraszam: 29 sierpnia 2009 r. Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie - wydarzenie artystyczne pt. "Komu w drogę temu teraz" pamięci Edwarda Stachury. Wystąpią: Marek Gałązka, Jerzy Stachura, Jan Kondrak, Mirosław Czyżykiewicz (wiadomość ze strony stachuriada.pl)
Marta Pawlak (lipiec 2009)  Muzyka / Informator kulturalny / Książki i poezja / Teatr i opera / kino / Forum kultury Wystawy / Literatura / Radio on-line / Fotografia / Organizacja imprez Aukcje on-line / Fotorandki / Spis treści portalu / Reklama Portal Mudzaba.pl Kolektyw Sztuki Kultura i sztuka w Trójmieście |